5. misjonera

Blisko 40. stopniowe upały oraz harmatan z piaskiem wiejącym z nad Sahary.
Życzliwi ludzie oraz uśmiech dzieci, którym mogliśmy sprawić radość.
Egzotyczne tańce oraz praktyki animistyczne.
Zanieczyszczone plastikiem wioski oraz monotonne, paćkowate posiłki.
Spotkania z rodzinami oraz wspólne tańce i śpiewy.
Toaleta pod gwiazdami oraz nocleg na świeżym powietrzu lub w glinianych chatach.
Wiedźmy – nieszczęśliwe kobiety, wygnani czarownicy oraz dzieci posądzone o czary i wykorzystywane do nielegalnych interesów.
Misjonarze dbający nie tylko o dusze ale i ciała nielicznych owieczek – zapewniają uczniom warunki do spania i nauki, mieszkańców zarażają duchem przedsiębiorczości, tworzą miejsca pracy.
Chłodząca kąpiel w wodach Atlantyku oraz fortyfikacje z czasów niewolnictwa, z polskim akcentem.
Oto Afryka Zachodnia jaką zastaliśmy, jaką  dotknęliśmy, jaką zapamiętamy.

Już pierwszej nocy 10 stycznia 2013 r. sen zakłócają sąsiedzi. Rytualne obrządki wyrzucania złych duchów, którym do rana towarzyszy głośna muzyka i śpiew dobitnie wyjaśniają, że znaleźliśmy się w krainie czarów.

Drugiego dnia pobytu na Czarnym Lądzie obieramy kierunek na Benin. Werbista o. Mariusz Pacuła ostrzega nas przed złymi mocami: „niczego nie dotykajcie, nie podarowujcie, nie zabierajcie ze sobą” i błogosławi na drogę.
Po południu przybywamy do światowej kolebki woodoo. W Ouidah spotkamy znajomą podróżniczkę z Warszawy. Grażyna Trautsolt  zwiedza Benin i Burkinę Faso. Nas z kolei zaczepia Maciej Czapliński. Razem z Lucyną przemierzają na rowerach Afrykę z zachodu na wschód. To jego druga wyprawa rowerowa przez kontynent. Pierwsza prowadziła z północy na południe i została opisana w książce „Afryka. Przekrój Podłużny. Rowerowe Safari z Kairu do Kapsztadu”.

Wieczorami uczestniczymy w Międzynarodowym Festiwalu Tańca AGOGO. Na woodoo spóźniliśmy się dwa dni. Nie szkodzi. Podziwiamy tradycyjne tańce z różnych stron Afryki. Doświadczamy jej pięknej kultury w pigułce. Oglądamy tańce współczesne, spotykamy się z miejscowymi gwiazdami. Wszędzie oblegają nas dzieci, zupełnie jakby wiedziały, że przyjechaliśmy dla nich. Największe „przylepy” spożywają z nami kolację. Są szczęśliwi.Roberta na ulicy zaczepia mężczyzna o dziwnym spojrzeniu i żółtych, zakrwawionych oczach. Pyta skąd pochodzi. Chce podarować upominek. Patyczek owinięty na dwóch końcach sznureczkiem wygląda niewinnie. Ale dlaczego nalega na wręczenie upominku w ustronnym miejscu? W głowie Roberta zapala się czerwona lampka i słyszy słowa „nic nie zabierajcie ze sobą”. W tym momencie pojawia się na ulicy Grażyna Trautsolt. Robert szybko przeprasza pana i zabiera się do filmowania, nadchodzi Krzysztof, który właśnie w przydrożnym barze skończył pić kawę, mężczyzna znika. Czy to błogosławieństwo o. Mariusza chroni przed woodoo? Później przychodzi refleksja … w końcu nie było tańców, nie było upominku, nie było czarów.

Do pięknej, udekorowanej dostojnymi palmami plaży prowadzi Droga Niewolników. Na jej końcu, u wrót oceanu, stoi potężna Brama. Symbolizuje pożegnanie milionów Murzynów z ojczystą ziemią. Stąpamy w zadumie. Jeszcze 130 lat temu handlowano tu ludźmi, pozbawiano ich wszelkich praw, skazywano na wieczne wygnanie do … świata białych.

Po dwóch noclegach nad bajecznym brzegiem oceanu w Beninie, udajemy się z powrotem do Ghany. Po drodze nocujemy w Lome – stolicy Togo.

Nazajutrz w południe docieramy do przedmieść Accry. Spotykamy o. Mariusza i wyruszamy do Gushiego. Po drodze, po dwóch kolejnych dniach podróżowania, na krótko zaglądamy do Bundoli i Bonbomnayili. W pierwszej wiosce ma powstać fundacyjna szkoła. Zatrzymujemy się przed dwuizbową glinianą szkółką, witamy z nauczycielem wolontariuszem i nieśmiałymi dziecmi. Po krótkiej rozmowie zapowiadamy dwudniową wizytę następnego dnia. W drugiej wiosce króluje obraz Miłosierdzia Bożego podarowany przez parafię św. Franciszka z Asyżu w Warszawie oraz fundację. Wrócimy do niej za kilka dni.

I tak, po ośmiu dniach podróży, zainfekowani harmatańskim kurzem, docieramy do Gushiego. Możemy wreszcie rozpakować walizki. Jesteśmy w domu.

Zielona żabka gotowa do drogi. Auto spakowane. Ruszamy do Bundoli.
Wioska położona jest 40 km od Gushiego z dala od głównego szlaku komunikacyjnego. Nie ma w niej elektryczności, wszystkie chaty tradycyjne – z gliny. Obok siebie stoją dwa sklepiki z niemal pustymi półkami zaś w centrum wioski gliniana szkółka. Krajobrazowi uroku dodają dostojne baobaby. Kobiety i dzieci przemierzają codziennie po dwa kilometry do niewielkiej leniwej rzeczki, która zaopatruje mieszkańców w życiodajną wodę. Mieszkańcy uprawiają jam – w północnej Ghanie podstawa żywienia, papryczki chili, sezam i inne egzotyczne rośliny. Hodują kozy i kury. Upał. Przed każdą osadą znajduje się drewniana, zadaszona platforma. Wylegują się na niej domownicy, chroniąc przed słońcem. Oczekują wieczornego chłodu, by zacząć przygotowywać posiłek. W każdej osadzie żyje po kilkanaście osób. Mężczyzna z kilkoma żonami i trudno policzalną liczbą dzieci w różnym wieku. Mówią o sobie rodzina. Każda osada otoczona jest glinianym murem, w każdej stoi kilka okrągłych i prostokątnych chat, ustronna łazienka pod gołym niebem, zaś po środku ognisko i tradycyjny afrykański moździerz do przygotowywania posiłków. Dwie takie osady stały się naszym domem przez dwa kolejne dni.

Pierwsze kroki kierujemy do szefa wioski. Przez dłuższą chwilę oczekujemy na gospodarza przed jego osadą. Wreszcie pojawia się dostojny staruszek w odświętnym płótnie przewieszonym przez ramię. W ręku trzyma przystrojoną laską – symbol władzy. Przed słońcem chroni go kolorowy parasol trzymany przez jednego z mieszkańców Bundoli. Witamy się uściskiem dłoni, która natychmiast wędruje na serce przy wydobywającym się z ust i zanikającym niskim dźwięku naaaaaaaaaaa – to uniwersalne słowo wypowiadane przez plemię Komba znaczy tyle co przytaknięcie, potwierdzenie. Używając owego „naaaaaaa” szybko zyskujemy sympatię.

Po wyjaśnieniu kim jesteśmy i ujawnieniu celu wizyty zostajemy zaproszeni do oficjalnych rozmów ze starszyzną wioski w pobliżu glinianej szkółki.

W międzyczasie żegnamy się z o. Mariuszem. Pozostaje z nami tłumacz John oraz Maks wolontariusz z Niemiec.

W samo południe na oficjalne spotkanie przybyła starszyzna wioski Bundoli oraz szefowie wiosek sąsiednich z przedstawicielem lokalnej władzy z Bonbomnayili. Wyjaśniamy, że nasza obecność w Ghanie związana jest z podarowanym Obrazem Bożego Miłosierdzia. Mówimy, że chcielibyśmy wybudować szkołę dla wiejskich dzieci. Wyjaśniamy, że o. Mariusz bez wahania wskazał właśnie na ich wioskę, tłumacząc że mieszkają w niej uczciwi i sprawiedliwi ludzie. W odpowiedzi słyszymy oklaski. Następnie stawiamy warunki. Chcemy, aby wioska zapewniła nocleg i wyżywienie budowniczym z Gushiego oraz naszej białej siostrze Ani, która będzie nas reprezentowała. Ponownie słyszymy oklaski. Następnie z ust przedstawicieli sąsiednich wiosek pada grad pytań: „czy będziemy mieli jakiś udział, i jaki, po wybudowaniu szkoły”? „ile w szkole będzie klas”? „czy powstaną kolejne klasy”? „kto będzie płacił wynagrodzenie nauczycielowi”?… Na pytania odpowiadamy dyplomatycznie.

Popołudnie spędzamy z mieszkańcami. Są życzliwi i otwarci. Towarzyszymy dzieciom w drodze nad rzeczkę. Przekonujemy się osobiście jak dużym wysiłkiem jest dźwiganie wody w kanistrach i wiaderkach na głowie przy niemal 40. stopniowym upale.
Po powrocie natychmiast zaglądamy do miejscowego sklepiku. Po naszej wizycie na półkach nie pozostaje już prawie nic.

Mężczyźni i kobiety chętnie prezentują tradycyjne tańce. Wieczorem nagrywamy kobiecy chór oraz muzyków grających na tradycyjnych instrumentach.

Na koniec dnia spożywamy posiłek ze wspólnej misy. Prawą ręką wyrabiamy kulkę za kulką wielkości jaja przepiórczego, maczamy w sosie i połykamy. Która to już papka od kilku dni? Marzy nam się ogórkowa, śledzie, bigos, serek wiejski. Potem toaleta pod gołym niebem i nocleg w glinianych chatach.

Następnego dnia wielkie poruszenie. Do 70.ciorga miejscowych dzieci dołącza drugie tyle z sąsiednich wiosek. W samo południe rozpoczyna się – zapowiedziana dzień wcześniej – Olimpiada Misjonerska Bundoli 2013. Pięć zespołów rywalizuje między sobą w pięciu miejscowych konkurencjach. Podziwiamy wszystkich dziecięcych zawodników. Zarówno tych, którzy akurat biorą udział w zawodach jak i tych, którzy przez kilka godzin, w pełnym słońcu, cierpliwe czekają na swoją kolej.

Dopisali także kibice. Dziesiątki mężczyzn i kobiet doskonale bawią się, dopingując swoim dzieciom. Skala wydarzenia przerosła nasze wyobrażenia. Festyn z Fundacją DZIECI AFRYKI zintegrował całą społeczność, wywołał mnóstwo emocji, zabawy i uśmiechów. Wszyscy uczestnicy olimpiady otrzymali prezenty – worek upominków przywiezionych z Polski, słodycze oraz ufundowany przez fundację, a przygotowany przez miejscowe kobiety, pożywny posiłek z ryżu, sosu, warzyw i mięsa z dwóch zakupionych kóz. Misjonerska zielona żabka trafiła do zapłakanej dziewczynki.

Pożegnanie z wioską przebiegło zgodnie z protokołem. Uściski, wzajemne życzliwości, prezenty. Padła też oficjalna odpowiedź na postawione przez nas dzień wcześniej pytanie – „starszyzna zapewnia mieszkanie i wyżywienie dla Ani i budowniczych szkoły”.

Tuż przed samym odjazdem, gdy sawannę opanował zmrok, o. Mariusz organizuje jeszcze kino. Przed drzewem projektor, fundacyjna kamera i 100 kg akumulator, na drzewie bielutkie prześcieradło. Przed ciekawskimi oczyma pojawiają się fragmenty z życia ich wioski, znajome twarze, zabawne sytuacje, olimpijskie zmagania. Co rusz wybuchają salwy śmiechu. Co za radość!

W Bundoli spotkaliśmy zasmuconą dziewczynkę. Ukrywała dłoń, a raczej szósty niechciany paluszek. Po krótkiej rozmowie z jej ojcem, chcemy pozbawić dziewczynkę powodu jej wstydu. Musimy tylko znaleźć chirurga. Spotykamy go następnego dnia po niedzielnej Mszy św. To jedyny lekarz w Gushiego. Zaprasza nas i małą pacjentkę do szpitala.

W Gushiego, podobnie jak w całej okolicy, chrześcijanie stanowią zaledwie 1 procent populacji. Większość  mieszkańców wyznaje islam i religie pierwotne. Kilkudziesięciu katolików spotykamy na niedzielnej Mszy św. Wśród nich jest trzech ważnych; lekarz – jedyny na całą okolicę, właściciel apteki oraz kurator oświaty. Spotykamy się z całą trójką. Z lekarzem ustalamy szczegóły operacji dziewczynki z Bundoli. Z kuratorem warunki rocznego wolontariatu w miejscowej szkole dla Magdaleny. Aptekarz zaprasza do siebie Roberta, aby podarować antybiotyk mający wyleczyć go z dolegliwości powstałych na skutek harmatanu.

Podczas popołudniowego spaceru spotykamy dwóch małych chłopców. Uwagę naszego wzroku przykuwają dodatkowe paluszki na dłoniach dzieci. Długo się nie zastanawiamy. Po chwili jesteśmy u nich w domu. Ustalamy z wujostwem, że chłopcy zostaną zoperowani. Okazuje się, że dodatkowe paluszki występują dość często w tym rejonie. Pewnie spowodowane jest to jakimiś uwarunkowaniami genetycznymi. Paluszki przeszkadzają w codziennych czynnościach i są powodem wstydu. Większości rodziców nie stać na opłacenie „zbędnego zabiegu”.

Szpital publiczny w Gushiego wprawia nas w zachwyt. Parterowy budynek liczy zaledwie pięć lat. Został wybudowany przez Europejczyków i rzeczywiście przypomina nowoczesny szpital ze Starego Kontynentu. Zostajemy po nim oprowadzeni. Widzimy w pełni wyposażone gabinety, w tym dwa stomatologiczne. Niestety wszystkie bez lekarzy. Jedyny lekarz w okolicy to chirurg, który właśnie nas oprowadza.

Przez kilka godzin towarzyszymy trójce naszych dzieci (dziewczynce z Bundoli i chłopcom z Gushiego) przy stole operacyjnym. Jest ból i są łzy. Nam też się udziela. Przeżywamy dziecięce cierpienie w milczeniu. Polskie krówki próbują je osłodzić. Chyba nawet trochę pomagają. Po operacji na twarzach dzieci nie widać już lęku, są zmęczone i smutne. Regulujemy rachunek i żegnamy się.

W odległości dwóch kilometrów od miasteczka, w wyodrębnionej wiosce, mieszka kilkadziesiąt nieszczęśliwych kobiet. Miejscowa ludność nazywa je wiedźmami.

Po przekroczeniu progu wioski zastajemy kobiety na nauce języka angielskiego. Obecność wśród nich nauczyciela jest jedną z niewielu form uatrakcyjniającą czas izolacji społecznej. Witamy się i wymieniamy uprzejmościami. W zadumie obserwujemy twarze cierpiące i tęskniące za bezpowrotnie minioną przeszłością, za dziećmi, rodziną, światem.

Przed zapadnięciem zmroku odwiedzamy zoperowanych chłopców. Już z daleka witają nas odgłosy radości. Babcia wita się z nami, ściska, dziękuje. Obaj chłopcy jakby nie ci sami. Zupełnie odmienieni, tryskają radością, chętnie pokazują zabandażowane dłonie, tulą się do nas, wdrapują na ręce, są szczęśliwi. W takich chwilach szczęście udziela się także nam. Przez wzruszenie gardło nam ściska.

Tak, warto pomagać, warto sprawiać radość!

W drodze do Bonbomnayili odwiedzamy rodzinną wioskę Johna Mbiyieba. Kilkanaścioro dzieci biega po podwórku pośrodku skromnych glinianych chat. To miejsce jego urodzenia i dom rodzinny. Chłopak jest podopiecznym o. Mariusza Pacuły. Został nam przedstawiony już pierwszego dnia. Na świadectwie ukończenia szkoły średniej widzimy same oceny A1. To najlepszy możliwy wynik do osiągnięcia. Chce zostać lekarzem. Misjonarz podpytuje o możliwość wsparcia jego dalszej edukacji. Przekonuje, że komu jak komu, ale w naukę Johna warto zainwestować. To niepowtarzalna szansa dla niego samego, wsparcie dla rodziny i ogromny pożytek dla kraju. John towarzyszy nam przez kilka dni, jest tłumaczem i przewodnikiem. Sprawdził się. Niezwykle skromny, inteligentny, pomocny. Chcemy podarować mu „Bilet do Świata”. W tym celu będziemy potrzebowali wsparcia wielu Ludzi Pięknych Serc.

Zapada zmrok. W Bonbomnayili noc spędzamy u dwóch rodzin. Wspólny posiłek, śpiewy i tańce przy ognisku, zabawy z dziećmi.
Chwile, które chcielibyśmy, aby trwały w nieskończoność. To bezcenny czas integracji i obcowania z afrykańską kulturą.

Nazajutrz spotykamy się w kaplicy z Obrazem Bożego Miłosierdzia. To dzięki Niemu przyjechaliśmy do Ghany. Na spotkanie z ofiarodawcami obrazu przybyło kilkanaście osób – większość miejscowych katolików. Pozostałe ławki w kaplicy wypełnili uczniowie z pobliskiej szkoły publicznej. Przyszli zaspokoić ciekawość białymi gośćmi. I tak nie mają co robić. Od trzech godzin czekają na swoich nauczycieli. Od rana nie stawili się w pracy.

Msza św. za Dobrodziejów fundacji i osoby wspierające duchowo MISJONERĘ jest wyjątkowa. Odprawia ją aż dwóch kapłanów: o. Mariusz i jego ghański wikary. Po nabożeństwie spotkanie z parafianami. Opowiadamy historię Obrazu, padają słowa wdzięczności i zapewnienia o wzajemnym wsparciu duchowym.

Kilka najbliższych dni spędzamy poza misją. Udajemy się jeszcze dalej na północ do wioski królewskiej. Podróżujemy rozklekotanymi taksówkami. Jest taniej niż międzymiastowymi busami i na pewno szybciej, mkniemy niczym na złamanie karku. Po przekroczeniu granicy z Burkina Faso docieramy do niewielkiej miejscowości Tiebele. Jest jedną z największych atrakcji turystycznych „kraju ludzi sprawiedliwych”, bo tak w języku lokalnym tłumaczy się Burkina Faso.

Na obrzeżach miejscowości leży bajkowa osada. Kolorowe domy malowane w tradycyjne wzory, każdy z tarasem na dachu. Przenosimy się jakby w inny świat. Rozmawiamy z mieszkańcami, zwiedzamy. Nie wszystko możemy jednak fotografować czy filmować, w jednej z części osady mieszka rodzina królewska.

Następnego dnia mkniemy na motocyklach po najbliższej okolicy. Odwiedzamy wioskę za wioską. Przewodnik zawozi nas także do kopalni złota. Na osłonecznionym wzgórzu jest pewnie z 50 st. C., kilka szałasów służących za nocleg oraz wąskie szczeliny głębokości 9 metrów.

Nieco niżej kilku nastolatków płucze w miskach wydobytą wcześniej ziemię w poszukiwaniu cennego kruszca. Przyglądamy się pracującym. Nie widzimy osób dorosłych. Same dzieci o zniszczonych twarzach. Wkrótce odkrywamy straszą prawdę. To miejsce nie jest kopalnią złota, jest przykrywką nielegalnego interesu. Wydobywa się w nim rtęć. Zakazany metal służy do odzyskiwania ze złóż bogatych w kruszce innych metali, w tym złota, poprzez odparowanie rtęci. Jej opary są silnie toksyczne. Dorośli bezkompromisowo wykorzystują dzieci nieświadome grożącego im niebezpieczeństwa. Czy dożyją pełnoletniości?

W ostatnim dniu spotykamy na ulicy znajomą z Warszawy. „A co wy tu robicie?” – pyta zdziwiona Grażyna Trautsolt, którą dwa tygodnie wcześniej spotkaliśmy na festiwalu tańca afrykańskiego Agogo w Beninie. Zwiedzanie królewskiej wioski znalazło się także w planie jej podróżowania. Miło spotkać Polaka na jednym z krańców świata.

Po całym dniu spędzonym w podróży witamy się z o. Joachimem Miką – polskim misjonarzem werbistą w Yendi. Jesteśmy ponownie w Ghanie. Korzystamy z dobrodziejstw misji i cywilizacji. Pierwszy od kilku dni prysznic, nie szkodzi że zimny, przynosi przyjemną ulgę i relaks. Dopełnieniem komfortu staje się noc spędzona pod włączonym wentylatorem z obowiązkowo rozlaną wodą na betonowej posadzce – to sposób na nocną walkę z upałem wymyślony przez misjonarza.

W niedzielne przedpołudnie uczestniczymy we Mszy św. w Yinsala. To niewielka wioseczka z niewielką liczbą wiernych. Nabożeństwo odprawiane jest w lichej glinianej kaplicy – dumnie nazywanej przez o. Joachima „katedrą”. Czujemy niezwykłą atmosferę miejsca. Nabożeństwu towarzyszy subtelny powiew wiatru. Radosny śpiew i procesja z darami natury dodają Eucharystii afrykańskiego smaku. Po mszy jej uczestnicy prezentują tradycyjne tańce. Wyrażają radość z obecności gości. Misjonarz spotyka się z nimi zaledwie raz w miesiącu. Po posiłku w domu katechisty, na który zostaliśmy zaproszeni, jedziemy dalej na wschód.

W Gnani mamy spotkać się z mieszkańcami wioski czarownic. Pierwsze kroki kierujemy do jej wodza. Wódz nie żyje. Podejmuje nas jego syn, pełniący obowiązki szefa wioski. W obecności mieszkańców wyjaśniamy kim jesteśmy i po co przyjechaliśmy. Wręczamy wiaderko ze słodyczami oraz fundujemy wszystkim dzieciom pożywny posiłek. Od tego momentu wioska stoi dla nas otworem.

Żyje w niej kilkaset osób. Najliczniejszą grupę stanowią kobiety. Kilka z nich odwiedzamy w chatach. Staruszki opowiadają swoje historie. Właściwie każda jest bardzo podobna i potwierdza prawdę, że były balastem dla swoich poligamicznych mężów. Pod pretekstem snu czy pomówień zbędne żony oskarża się o stosowanie czarów i klątw, o śmierć najbliższych członków rodziny lub społeczności, po czym skazuje się je na wieczne wygnanie. Owe wiedźmy dożywają końca swoich dni właśnie w takich wioskach jak Gnani.
Mieszka w niej także kilkadziesięcioro dzieci. Niektóre przebywają tu razem z matkami, inne z tego samego powodu co dojrzałe kobiety, są ofiarami wyroków wydawanych przez szamanów. Pytamy o te dzieci. W odpowiedzi słyszymy, że nikt nie wie które z dzieci jest czarownikiem. To tajemnica wodza wioski, mająca chronić dziecko przed śmiercią. Gdyby wyszła na jaw z pewnością zostałoby zamordowane.
W wiosce żyje kilku mężczyzn. Z jednym rozmawiamy dłużej. Przyznaje, że jest czarownikiem, ale zaprzecza iżby z jego powodu zmarło dziecko, o co kilkadziesiąt lat wcześniej został oskarżony.

Do wioski stale przybywają nowi wygnańcy. W domu wodza nad każdym odbywają się egzorcyzmy. Po uwolnieniu od złego ducha wódz wyznacza chatę, w której nowa osoba ma zamieszkać. Chaty stale są dobudowywane. Praktykowanie czarów jest surowo zabronione.

W Yendi o. Joachim prowadzi małe przedsiębiorstwo. To przysłowiowa „wędka” dla Afrykanów, dzięki której mogą zapewnić godne utrzymanie dla swojej rodziny. Misjonarz w trosce o poprawę losu miejscowych kobiet zorganizował dla nich miejsce pracy przy produkcji brykietu oraz masła shea. Brykiet z resztek po kukurydzy oraz trawy ma ułatwić zdobywanie materiału na opał zaś masło z orzechów drzewa shea przynosić zyski lokalnej społeczności ze sprzedaży na rynku europejskim. W zakładzie pracuje sześć pracownic, ale aż od tysiąca kobiet misjonarz skupuje orzechy, zapewniając im zbyt a tym samym stały dochód rodzinie.

Doceniając inicjatywę oraz wielkie zaangażowanie polskiego misjonarza z radością przystajemy na propozycję współpracy. Fundacja DZIECI AFRYKI, rozprowadzając w Polsce masło kosmetyczne shea zapewni stały dochód ghańskim kobietom oraz przyczyni się do rozwoju ubogiego rejonu północnej części Ghany.

Ostatnie pięć dni pobytu w zachodniej Afryce spędzamy nad oceanem. Towarzyszy nam o. Mariusz Pacuła. Po pokonaniu dystansu 700 km docieramy z Yendi do Cape Coast.

Stąd, następnego dnia, udajemy się do Parku Narodowego Kakum. Podziwiamy bogactwo tropikalnej przyrody. Dzięki wiszącej wysoko nad ziemią konstrukcji, zbudowanej z metalowej siatki, oglądamy dżunglę z poziomu koron drzew. Doznajemy niecodziennych wrażeń. Także spacer z przewodnikiem po lesie tropikalnym wzbogacił nas o sporą dawkę wiedzy oraz wylał na nas kilka litrów potu. Równikowa wilgotność i upał zrobiły swoje.

Po południu nie jest lepiej. Nagrzany dziedziniec fortu brytyjskiego z czasów kolonialnych nie szczędzi zwiedzających. Jednak świadomość miejsca rekompensuje niedogodności. Przez trzy stulecia przetrzymywano tu setki tysięcy niewolników. Stąpamy po kamieniach uświęconych ludzką krzywdą, potem i krwią – świadkach okrutnej historii.

Do Nzulenzu dostajemy się łodzią. W trzy kwadranse pokonujemy sześciokilometrowy dystans. Wąskim kanałem codziennie płyną uczniowie do szkoły, kobiety po zakupy oraz turyści chcący zobaczyć jedyną w Ghanie wioskę na wodzie. Jej mieszkańcy traktują nas zupełnie obojętnie, czujemy się jak intruzi. Są zmęczeni obecnością turystów nad wyraz często zaglądających do ich chat. Tolerują jednak gości, gdyż ci zasilają budżet wioski. My także pozostawiamy „grosz” na działalność miejscowej szkółki podstawowej.

Na najdalej wysuniętym na południe kraju półwyspie leży niewielka miejscowość Princess Town. Nad wioską, na skarpie, dostrzegamy fort, który jest celem naszych odwiedzin. Zabytkowy budynek wygląda swojsko, przypomina dwór mazurski. W XIX wieku wybudował go Otto Friedrich von der Groeben – Niemiec urodziny na Warmii. Zmarł jako polski generał, jego ciało spoczywa w krypcie w kwidzyńskiej katedrze. Ten polski akcent na wybrzeżu Atlantyku zainspirował nas, by właśnie tutaj zaopiekować się miejscową szkołą. Popołudnie spędzamy z mieszkańcami a noc w forcie.

W ostatni weekend MISJONERY organizujemy sobie zasłużone wakacje. W Krokrobite korzystamy z dobrodziejstw „złotego wybrzeża” – tak o ghańskich plażach rozpisują się przewodniki turystyczne. Dostojne palmy pochylone nad plażą z drobniutkim piaskiem koloru złotego kruszcu tworzą urokliwe miejsce. Obserwujemy życie mieszkańców zajmujących się rybołówstwem. W dzień zarzucają sieci, wieczorem wypływają łodziami na morze, nocą i nad ranem kilkadziesiąt osób, współpracując ze sobą wyciąga na brzeg zarzuconą wcześniej sieć. Sieci w Krokrobite jest przynajmniej kilka. Co jakiś czas dla ochłody pływamy w oceanie między falami. W sobotnie popołudnie rozstawiamy na plaży namiot ze słodyczami w środku. Słodkościami częstujemy wszystkich przechadzających się. Dla dzieci organizujemy mały turniej. Są rzuty kamykami do wiaderka, biegi sprinterskie do kutra i z powrotem oraz bieg do wody za klapkiem kilka metrów od linii brzegowej. Radości jest dużo, wszystkim udziela się dobry humor, są słodkie upominki.

W niedzielny poranek na skraju plaży o. Mariusz odprawia osobliwą Mszę św. Żegnamy Afrykę. Kolejny poranek spędzimy już na lotnisku Heathrow.

Podczas 5. MISJONERY poznaliśmy pracę polskich werbistów w Gushiegu i Yendi. W obu placówkach misjonarze, poza działalnością duszpasterską, zajmują się „biznesem”. Tworzą miejsca pracy przy produkcji wody pitnej, brykietu na opał oraz masła shea. To ostatnie robi furorę w zachodniej Europie. Misjonarze usiłują zaszczepić miejscowym ducha przedsiębiorczości. To klucz do sukcesywnego rozwoju Afryki, koło napędowe jej gospodarki, przysłowiowa „wędka” do zaspakajania podstawowych potrzeb Ghańczyków.

Ojciec Mariusz, przed laty, wybudował i prowadzi przedszkole dla kilkudziesięciu maluchów. Na terenie misji założył internat dla chłopców w wieku szkoły podstawowej i średniej. Troszczy się o ich edukację. Przedstawił nam 20. letniego Johna, niezwykle utalentowanego chłopaka pragnącego zostać lekarzem. Jego świadectwo z ocenami A1 od góry do dołu robi na nas wrażenie. W ramach fundacyjnego programu „Bilet do Świata” obejmujemy opieką edukacyjną Johna i kilku innych chłopców z misji Gushiegu oraz dziewczynę imieniem Salomey z misji w Yendi.

Internat pomagamy wyposażyć w deski i materace do przygotowanych już łóżek piętrowych zaś uczniów w Bundoli w podręczniki.

W Gushiegu poznaliśmy dr Williama Abitto – jedynego chirurga miejscowego szpitala. Uzgodniliśmy wstępne warunki współpracy polskich lekarzy wolontariuszy. Poza stomatologiem i okulistą doktor zaprasza szczególnie ginekologa oraz pediatrę.