6. misjonera, Rwanda

W nocy z 15 na 16 stycznia, przekraczamy granicę ugandyjsko-rwandyjską. Czy to na pewno nie na sprzedaż? Rwandyjscy celnicy nie mogą uwierzyć, że jedna z walizek wypełniona po brzegi piórnikami i fundacyjnymi koszulkami przeznaczona jest na podarunek dla rwandyjskich dzieci. Wreszcie, po kilku minutach dopytywań, odpuszczają i możemy po raz drugi wkroczyć do krainy tysiąca wzgórz.

W całej Afryce spotykamy wyciągnięte w naszym kierunku ręce dzieci, młodych czy dorosłych. Panuje przekonanie, iż biały człowiek musi być bogaty, warto więc od niego starać się coś wyżebrać. Dlaczego mam ci dać T-shirt, pieniądze, czy cokolwiek innego? A co ty mi dasz? Po tym pytaniu natręci najczęściej odpowiadają głupkowatym uśmiechem i w końcu znikają.
W busie z Kigali do Butare mała dziewczynka otwiera butelkę z napojem i w pierwszej kolejności częstuje jednego z nas, który zajmuje miejsce tuż obok niej. Obce dziecko wręcza nam coś od siebie bezinteresownie – niezwykłe to doświadczenie.

W Rugango, kilka kilometrów od Butare, mieszkają Siostry Karmelitanki od Dzieciątka Jezus. Przyjmują nas z wielką życzliwością. Ten etap misjonery zawdzięczamy Honoracie Dzida z Poznania – rodzonej siostrze o. Andrzeja Dzidy SVD – misjonarza w Sudanie Południowym, do którego wcześniej nie dotarliśmy z powodu niepokojów wojennych.

Polskie misjonarki pomagają w pracy pastoralnej oraz opiekują się ubogimi dziećmi. Z pomocą dyrektora szkoły, który wyselekcjonował najuboższych uczniów, spotykamy się z grupą 50. dzieci, którym wręczamy zeszyty oraz piórniki od ich polskich rówieśników. Dzieci przyjmują podarunki z wdzięcznością. Z zaciekawieniem otwierają suwaki, przeglądając zawartość kolorowych piórników; długopisy, ołówki, temperówki, gumki, linijki, kredki, flamastry. Dziecko afrykańskie najczęściej cieszy się z posiadania ołówka, który dzieli często na spółkę z kolegą – a tu takie skarby! Gdyby nie słoneczny żar z nieba, z pewnością, dziecięcym śpiewom i tańcom długo nie byłoby końca.

Każdego dnia po zapadnięciu zmroku Pan Bóg przychodzi do Rwandy, aby przenocować – z dumą mawiają Rwandyjczycy. Ten niewielki kraj położony jest na tysiącach urokliwych wzgórz, które czynią go Szwajcarią Afryki. Niestety każde wzgórze przesiąknięte jest krwią zamordowanych, każde świadkiem okrutnego ludobójstwa sprzed 20 lat. Na każdym mieszka tysiące Rwandyjczyków zranionych na ciele i duszy z dwóch bratnich plemion. Dziś żyją między sobą ofiary i kaci tamtych krwawych dni. Podróżując po kraju spotykamy tysiące więźniów odzianych w pomarańczowe uniformy. Za dnia mordercy opuszczają ciasne cele, oddychają świeżym powietrzem, uprawiają ryż na okolicznych polach.

Słuchamy strasznych opowieści tamtych wydarzeń od naocznych świadków – polskich misjonarzy sióstr i ojców Karmelitów. W Kibeho odwiedzamy kościół, w którym trzy tysiące osób, ukryło się przed bandą rozwścieczonych morderców z maczetami i granatami. Murowana świątynia nie ochroniła ich, wszyscy spłonęli żywcem. Modlimy się przed kilkoma zmumifikowanymi ciałami, niektóre z zaciśniętymi dłońmi, tuż obok setki czaszek, tysiące kości. Takie miejsca pamięci – udostępniane wyłącznie miejscowym, lub obcym ale ze specjalnym pozwoleniem władz, utrzymywane są ku przestrodze, by nigdy więc…

W Kibeho zwiedzamy sanktuarium maryjne, zaglądamy do Ojców Marianów oraz Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża. Te ostatnie prowadzą Ośrodek dla Niewidomych Dzieci (zobacz). Uczą się w nim alfabetu Brajla, poznają świat za pomocą dotyku, realizują normalny program nauczania, a w internacie ćwiczą czynności życia codziennego, by rozpocząć samodzielne życie w przyszłości.

Głównym celem naszego pobytu w Rwandzie jest Kansi. Przybywamy do wioski 18 stycznia. W latach 1973-1975 posługiwał tu o. Jan Dobski SAC (1928-2011), który przybył do kraju tysiąca wzgórz wraz z pierwszą karawaną polskich Pallotynów. Po dwóch latach pracy na misji musiał wrócić do Polski, ale „Afrykańczykiem” pozostał do końca życia. W Choszcznie uczył religii. Jego uczniami byli m.in. Paweł Werakso i Robert Noga – późniejsi założyciele Fundacji DZIECI AFRYKI. Od najmłodszych lat słuchali fascynujących opowieści o Czarnym Lądzie. Afrykę poznawali właśnie od swojego katechety, który wszystkie dzieci w mieście nauczył pozdrawiać Jezusa Chrystusa w języku kinyarwanda: Yesu akuzwe, iteka ryose. Ministranci Paweł i Robert nie myśleli wówczas, jak bardzo znajomość tego pozdrowienia przyda im się 30 lat później podczas kolejnych misjoner w Rwandzie.

W kościele parafialnym w Kansi odprawiona zostaje Msza św. za dawnego katechetę założycieli fundacji. Dokładnie 30 lat temu, każdego dnia, o. Jan stawał przy tym samym ołtarzu, obok którego dziś leży flaga biało-czerwona, upamiętniająca polskiego misjonarza. Po nabożeństwie podchodzi do nas wzruszona czarnoskóra zakonnica i mówi, że pamięta per Jeana. Inny starszy mężczyzna również potwierdza, że znał naszego misjonarza.