Co za podróż!

Co za podróż!

W styczniu 2015 r. fundacyjni podróżnicy „z misją” zorganizowali dzieciom z Oratorium w Nguelemendouka niezwykłą wycieczkę – wyprawę życia – nad ocean. Oto fragmenty listów do fundacji od dzieci oraz ich opiekunów wspominających podróż:

„Dzięki naszym darczyńcom dzieci z Oratorium po raz pierwszy wybrały się na wycieczkę do stolicy. Wyruszyliśmy z Nguélémendouka bardzo wcześnie, o 5 rano z naszymi opiekunami i siostrą Immakulatą. kribi3Zapakowaliśmy do autobusu wszystkie nasze torby, paliwo, wieprzowinę, kurczaka i wszystkie przybory potrzebne do gotowania. W drodze śpiewaliśmy i modliliśmy się. Wiele dzieci wymiotowało, bo była to ich pierwsza podróż”.

„W Ayos wiele dzieci cieszyło się, widząc po raz pierwszy w życiu asfalt (droga). Gdy przyjechaliśmy, dzieci wstawały z miejsc, krzyczały, śpiewały, a nawet tańczyły w autobusie, tak się cieszyły. Zrobiliśmy sobie przerwę w Mbangkomo, by odpocząć na dziedzińcu ratusza i napić się soku. Koło 13 pojechaliśmy dalej w kierunku Kribi. Gdy dotarliśmy do Edea, pojechaliśmy zobaczyć most na rzece Sanaga, największej rzece Kamerunu. Dzieci krzyczały z podniecenia, bo nigdy jeszcze nie widziały takiej wielkiej rzeki. Widzieliśmy też wielkie palmy i traktory na plantacjach orzechów kokosowych. Od tego momentu dzieci nie mogły się już wprost doczekać, by zobaczyć Kribi. „Co za podróż!” – mówiły. W końcu, koło godziny 20:30, przyjechaliśmy na miejsce, gdzie zostaliśmy zakwaterowani u braci z Kanady. Wieczorem oglądaliśmy, jak fale morskie wznoszą się i opadają, niektóre dzieci trochę się bały. Rano poszliśmy się kąpać w morzu i dzieci były ogromnie zadowolone, widzieliśmy też rybaków wracających z pracy z sieciami i rybami. Dzieci były zafascynowane odkryciem, że woda morska jest słona. Były też zadziwione widokiem wody sięgającej aż po horyzont, aż tam, gdzie „zaczyna się niebo”. Potem wybraliśmy się do centrum Kribi, gdzie odwiedziliśmy rynek, widzieliśmy też hotele i restauracje. Pojechaliśmy też zobaczyć wodospady Lobé, gdzie rzeka kończy swój bieg i wpada do morza. Po powrocie do domu śpiewaliśmy i rysowaliśmy przygody tego dnia”.

„Wycieczka była poświęcona Najświętszej Marii Pannie, Matce Ubogich i opiekunce naszych dzieci z Sanktuarium w Nguelemendouka. Już od czwartej rano na miejscu zbiórki zebrał się ogromny tłum dzieci i towarzyszących im rodziców. Dzieci skakały i krzyczały z radości, i śpiewały piosenki dziękczynne. Rodzice przykazywali dzieciom, żeby były grzeczne i słuchały opiekunów. Moja córeczka Stella obiecała mi, że będzie grzeczna – to dla niej pierwsza w życiu wycieczka. Wycieczka do Kribi trwała 4 dni. Gdy dzieci wróciły do Nguelemendouka, oczekiwała ich cała gromada szczęśliwych i stęsknionych rodziców. Nasze dzieci opowiadały nam o różnych cudach, których my sami nigdy nie widzieliśmy. „Mamo, najpierw dojechaliśmy do Ayos i myślałam, że jesteśmy już na miejscu Kiedy zobaczyłam drogę ze smoły. Byłam strasznie zdziwiona, że jezdnia może się tak błyszczeć. Wujek Vianco powiedział, że to jeszcze nie Kribi, że to dopiero Ayos. Tam zjedliśmy śniadanie. Ojciec Franciszek wyszedł nas pobłogosławić, przyszedł też przywitać nas dyrektor [tego miejsca]. kribi4Potem ruszyliśmy dalej w drogę do Yaoundé, niektórzy śpiewali, inni spali, jeszcze inni wyglądali przez okno i oglądali wioski, które mijaliśmy. Kiedy ciocia powiedziała nam, że jesteśmy już w Yaoundé, wszyscy skakali i krzyczeli z radości. Widzieliśmy piętrowe budynki szkół i domy zbudowane jeden przy drugim, dużo samochodów i mnóstwo ludzi, widziałam też fabrykę słodyczy. Potem pojechaliśmy dalej, na wysokości miasta Edea zobaczyliśmy drogę wiodącą do Duali, na skrzyżowaniu skręciliśmy z tej drogi w stronę Kribi. Widzieliśmy Sanagę – największą rzekę w Kamerunie. Zaproszono nas do restauracji, gdzie jedliśmy świeżo złowione ryby i lody. Bardzo mi się podobało. Nad morzem widzieliśmy fale i rybaków z rybami długości metra. Woda przybliżała się na zmianę i oddalała. kribi5Posmakowałam wody: strasznie słona! Wszyscy kąpaliśmy się w morzu. Miejsce, gdzie nocowaliśmy, było zaraz koło morza. Ogromnie podobało mi się Kribi, było tam tak czysto i było pełno kwiatów”.

„Po przyjeździe na miejsce podziękowaliśmy Panu za opiekę podczas tej długiej podróży – aż 1100 km. Bardzo podobały mi się pociągi i tory i mówiłem/am sobie w duchu, że pewnego dnia ja też wybiorę się w podróż pociągiem. Kiedy odjeżdżaliśmy, patrzyłem/am za siebie tak długo, aż pociągu nie było już widać. Wszyscy byliśmy zachwyceni tym odkryciem – to dla mnie niezapomniane przeżycie, które pozostanie w mojej pamięci bardzo długo!”

„Długo będę wspominać Kribi, bo pierwszy raz w życiu jadłem/am lody, piłam sok jabłkowy z Francji, jedliśmy posiłek trzy razy dziennie, kąpaliśmy się w morzu. Ale pewnego dnia, przed wyjazdem, musieliśmy pożegnać się z darczyńcami. Bardzo wtedy płakałam i modliłam się do Pana Boga, żeby pozwolił nam zostać jeszcze chociaż jeden dzień”.

„Piasek w morzu był całkiem bielutki, woda okropnie słona, a na brzegu kilku rybaków z dużymi rybami w sieciach gawędziło sobie. Te wspomnienia nigdy nas nie opuszczą; wiele osób z naszego regionu nie ma tyle szczęścia, by kiedykolwiek móc zobaczyć Kribi. Z mojej rodziny byłam tylko ja, a wszystko dzięki darczyńcom. Ani moi rodzice, ani moje rodzeństwo nigdy nie byli w Kribi, tym pięknym mieście otoczonym morzem, z palmami kokosowymi i wspaniałymi kwiatami. Dziękuję całej kongregacji sióstr św. Michała, matce przełożonej, a zwłaszcza siostrze Immakulacie oraz Darczyńcom, którzy zaopiekowali się nami, biednymi i zapomnianymi dziećmi  w Afryce”.

kribi2

Założyciele fundacji z „adopcyjnymi” dziećmi w Kribi