Dentysta w Kamerunie

artykuł z dwumiesięcznika stomatologicznego DENTOMAX NEWS
– listopad/grudzień 2011
dr Konrad Rylski

Pierwszy raz do Kamerunu pojechałem zupełnie przypadkowo. Było to w marcu 2011r. Do tej pory nie mogę zrozumieć, jak to się stało. W szkole, w której pracuję jako stomatolog, poznałem siostrę zakonną, która na misjach w Afryce, spędziła siedem lat. Rozmawiałem z nią tylko jeden raz. Po miesiącu miałem już paszport, wizę, a w walizce zakupiony przeze mnie bilet na samolot. Jeżeli ktoś spyta mnie, jak to możliwe, odpowiem – widocznie taki był boski plan, więc jedynie pokornie go wypełniam.

Jadąc do Yaounde (stolicy Kamerunu), nie wiedziałem, co tam zastanę, nie znałem nikogo, nie miałem pojęcia, jak znajdę się w tamtejszych realiach. Zakonnik który obiecał, że odbierze mnie z lotniska, rozmawiał ze mną tylko raz. Otuchy dodawało mi jedynie to, że choć nikogo w Kamerunie nie znałem, to wszyscy, z którymi kontaktowałem się przed wyjazdem, byli bardzo życzliwi i niezwykle pomocni już na etapie załatwiania niezbędnych formalności – zaproszenia i wizy, co przy braku konsulatu w Polsce nie jest takie proste.

Podróż postanowiłem potraktować rozpoznawczo. Chciałem dowiedzieć się jak najwięcej o miejscu, do którego się udawałem. Wiedziałem, że polskie siostry w prowincji wschodniej prowadzą gabinety i pomagają miejscowej ludności. Wiedziałem, że poziom leczenia jest katastrofalny. Wiedziałem też, że na obszarze zbliżonym do kilku województw Polski, działa tylko dwóch dentystów. Przez pewien czas jedna stomatolog – polska zakonnica – pracowała w kilku gabinetach, ale już od kilku lat dwa z nich pozostają nieużywane. Jechałem tam, aby zobaczyć, jak jest i co mogę zrobić jako stomatolog.

Wylądowałem w Yaounde około godz. 17.00. Podróż minęła mi szybciej niż się spodziewałem – z Paryża leciałem tu sześć godzin. Pomyślałem, że z Warszawy do Wrocławia naszym pociągiem też jechałem sześć godzin, więc ten Kamerun nie jest aż tak bardzo daleko… Przechodząc przez kontrole różnych mundurowych formacji, zdejmowałem kolejne warstwy ubrania – w Warszawie było około pięciu stopni C, a tu ze czterdzieści, choć słońce chyliło się już ku zachodowi.

Na lotnisku czekała na mnie cała delegacja – dwóch księży marianów – Krzysztof i Grzegorz oraz siostra Gracjana. Nie było co prawda goździków, ale poczułem się witany jak ktoś bardzo ważny. Dopiero potem dowiedziałem się, że, jak wiele osób, boją się dentystów, więc stąd ten respekt. Kiedy jednak okazało się, że nie będę „wiercić zębów”, poczułem, że atmosfera się rozluźnia. Najwyraźniej pod żadną szerokością geograficzną nie jesteśmy lubiani…

Pojechaliśmy przez miasto. Stolica zrobiła na mnie wrażenie. Mnóstwo ludzi, nieład na ulicach, ogólny chaos – to słowa, które najlepiej opisują to, co zobaczyłem i myślę, że tak postrzegałby to każdy Europejczyk. Dla Kameruńczyków wszystko jest w należytym porządku! Ciekawe, jak oni odbierają nas z naszym dążeniem do uporządkowania wszystkiego?

Przez kilka dni pobytu w różnych miejscowościach: Yaounde, Atok, Essenbot, Abong Mbang udało mi się znaleźć odpowiedzi na niektóre pytania, z jakimi tam pojechałem. Obserwowałem pracę pielęgniarek, funkcjonowanie tutejszych przychodni zdrowia. Przy pomocy jednorazowych lusterek, które przywiozłem ze sobą z Polski, wykonałem przeglądy uzębienia kilkuset dzieci, a także pewnej grupy dorosłych. Wszystko to pozwoliło mi uzyskać wiedzę na temat potrzeb stomatologicznych w tym rejonie.

Na swej drodze spotkałem wiele osób bardzo oddanych pracy z ludźmi potrzebującymi pomocy. Siostry i księża pokazali mi, na czym polega misyjna codzienność. Po kilku dniach nowe widoki i egzotyka powszednieją, a pozostają obowiązki. Patrzymy na Afrykę jako na miejsce pełne pięknych, kolorowych widoków. I rzeczywiście – tak tu pięknie! Jednak pracować jest tu niezwykle trudno. Choć widoki pyszne!

Mój pobyt w Kamerunie dobiegł końca. Ludzie, z którymi tu się zetknąłem, ich wewnętrzne piękno i szczerość sprawiły, że zakiełkowało we mnie pragnienie pomocy w ich misji. Żegnany przez ojców Krzysztofa, Franciszka i Grzegorza wiedziałem, że muszę tu wrócić.

Po sześciu godzinach lotu wylądowałem w Paryżu, a po kolejnych godzinach podróży – w Warszawie. Odczułem skok w inny świat – pędzący, komercyjny, bez czasu na chwilę zadumy nad sobą i innymi. I taki zimny – zupełnie marcowy. I ludzie często tacy marcowi. Całe szczęście, że szybko nadeszła wiosna i uśmiechnięte lato.

10 września 2011 r. znowu poleciałem do Kamerunu, tym razem wyposażony w ponad 150 kilogramów sprzętu i materiałów stomatologicznych, m. in. w przekazany przez łódzkiego producenta mikroskop zabiegowy czy też w przenośny unit, na moją prośbę przerobiony ze starego, złomowanego sprzętu przez serwisanta pana Dariusza Jasika. Przede wszystkim wyposażony też byłem w dużo zapału i chęci do pracy. Miałem wsparcie wielu osób, które pomogły mi materialnie, przekazując duże ilości materiałów i sprzętu, ale również duchowo – modlitwą i życzeniami powodzenia.

Tym razem miałem konkretne zadanie, które sobie wyznaczyłem w porozumieniu z siostrą Nazariuszą, pracującą na misjach: uruchomić zaniedbany gabinet w przychodni w Abong Mbang, naprawić sprzęt, przygotować miejsce do pracy. Tydzień po mnie miała przyjechać tu młoda pani doktor i przejąć placówkę.

Wydawać by się mogło, że zadanie proste – w Polsce, przy dostępie do serwisów, hurtowni, sklepów remontowo-budowlanych – tak. Ja jednak miałem to zrobić w kraju, gdzie ostatni znany serwisant takiego sprzętu zmarł w czerwcu… Zresztą za wymianę transformatora żądał około tysiąca euro, więc i tak siostry misjonarki nie byłyby w stanie skorzystać z jego usług. Zatem miałem uruchomić gabinet w kraju, do którego przywozi się żarówki i krany, bo te dostępne w kameruńskich sklepach do niczego się nie nadają (sam miałem w bagażu siedem baterii prysznicowych i dwa pudełka żarówek LED dla domu zakonnego księży marianów).

Jak wyglądał mój drugi pobyt w Kamerunie, jak uruchamia się praktykę stomatologiczną w buszu, bez światła i wody? Tego będzie można się dowiedzieć z kolejnego tekstu… Zainteresowanych zapraszam do dalszej lektury.

W Essiengbot

Stomatologia w Kamerunie nie jest mocną stroną opieki medycznej. Dostęp do dentystów jest bardzo ograniczony. Ludzie korzystają z usług „wyrywaczy zębów” lub leczą się „naturalnymi” metodami, których naturalność polega na stosowaniu czarów w celu uśmierzenia bólu zębów. Takie metody są wykorzystywane w leczeniu też innych chorób, które dziesiątkują ludność tej części Afryki. Malaria, cholera, AIDS i wiele innych chorób dotyka również dzieci, które system społeczny umieszcza w hierarchii pomiędzy kozą a psem. Tylko niektórzy rodzice dbają o ich leczenie. Przeważnie jednak nie mają chęci na przyprowadzenie potomstwa do lekarza. Często też nie stać ich na pokonanie wielu kilometrów, poświęcenie kilku dni i opłacenie nie tylko wizyt lekarskich i leków, ale i takich wydatków jak noclegi i jedzenie. O wizytach u stomatologa w takich warunkach można zapomnieć! W Polsce istnieje problem z uzębieniem dzieci mieszkających na wsiach, w Kamerunie, gdzie dostęp do lekarza stomatologa jest tak trudny, to już nie problem – nie wiem, jakim słowem można się w takim przypadku posłużyć.

W takie właśnie miejsce zostałem posłany, aby służyć innym swoją pomocą. Aby służyć ubogim, dać im to co mogę – siebie.

W czasie pierwszej wizyty odwiedziłem między innymi polską misję w Essiengbot. Pracują tam siostry ze Zgromadzenia Sióstr Opatrzności Bożej, które oprócz szkoły i przedszkola, prowadzą ośrodek zdrowia; dwie z nich to pielęgniarki.

Do miejsca tego w czasie pory deszczowej niezwykle trudno jest dojechać samochodem. Nie ma tam oczywiście prądu – generator w misji włączany jest na trzy godziny dziennie. Woda to deszczówka, łapana w porze deszczowej do dużych zbiorników i potem przez kilka miesięcy wykorzystywana również do gotowania i picia. W takich warunkach siostra Gracjana i Annuncjata stworzyły doskonale funkcjonującą przychodnię. Jest tam porodówka z dwoma łóżkami, sala poporodowa, sale obserwacyjne, przestronna sala zabiegowa i pokoje konsultacyjne.

Poza odbieraniem porodów leczy się tam również chore dzieci i chorych na AIDS, choć najczęściej ci drudzy umierają wprost na naszych oczach. To bardzo mocne przeżycie.

Do tego miejsca schodzą się ludzie z odległych nawet o 80 kilometrów wiosek. Czasem któraś z sióstr jedzie na tydzień czy dwa w teren – szczepi dzieci, prowadzi akcje profilaktyczne. Patrząc na tę pracę, zupełnie innego wymiaru nabiera określenie „służba zdrowia”. Bez prądu (lodówki ze szczepionkami zasilane są albo gazem z butli, albo benzyną), wody, narażone na choroby, zależne od darczyńców, siostry są w stanie codziennie stawiać czoła nieuleczalnym chorobom ich podopiecznych i być z nimi.

Są też radosne chwile.

Z siostrą Annuncjatą poprzednio widziałem się w sierpniu 2011 roku. Była na urlopie w Polsce (misjonarz ma trzy miesiące urlopu – raz na 2-3 lata. W czasie jego trwania 5-6 niedziel poświęca na głoszenie homilii na temat misji i zbieranie funduszy na działalność). „Koniecznie – powiedziała– musisz do nas przyjechać leczyć zęby.” To ziściło się szybciej niż się spodziewałem, już we wrześniu podczas mojego drugiego pobytu w Kamerunie.

Razem z dr Joanną pojechaliśmy do Essiengbot w odwiedziny. Nie była to jednak tylko kurtuazyjna wizyta. Do samochodu zapakowaliśmy praktycznie całe wyposażenie gabinetu, tzn. narzędzia chirurgiczne i znieczulenia w zastrzykach.

W podróż wybraliśmy się wcześnie rano i około 15.00 byliśmy na miejscu, na szczęście bez żadnych niespodzianek, o które w Afryce nietrudno. Jeszcze tego samego dnia zabraliśmy się do pracy. Na gabinet stomatologiczny zaadaptowaliśmy salę porodową.

Do wieczora przyjęliśmy kilkunastu pacjentów i usunęliśmy kilka zębów, na leczenie kierując już do naszego gabinetu w Abong-Mbangu. Wieść o tym, że we wsi są dentyści szybko się rozeszła. Następnego dnia na brak pacjentów nie mogliśmy narzekać. We dwoje przyjęliśmy łącznie ponad pięćdziesiąt osób. Poza usuwaniem zębów mogliśmy też czyścić je z kamienia. Przywieziony z Polski skaler był zasilany z akumulatora poprzez odpowiedni zasilacz.

Skaler z osprzętem zostawiłem siostrom, a wcześniej przeszkoliłem je, jak się nim posługiwać.

Siostry dzielnie wspierały nas w medycznych działaniach – jedna z nich przez pół dnia tłumaczyła pacjentom na język francuski to, co chcieliśmy im przekazać, druga zaś, co jakiś czas, „przymuszała” nas do przerwy, przynajmniej na kęs doskonałego placka.

W ramach profilaktyki, w szkole przeprowadziliśmy prelekcje na temat jak używać szczoteczek do zębów i co to takiego próchnica. Mogliśmy też rozdać dzieciakom pasty i szczoteczki, które miałem ze sobą dzięki uprzejmości ludzi dobrej woli. Niestety, pomimo naszych dobrych uśmiechów, na pytanie skierowane do dzieci: „Czym zajmują się dentyści?”, była tylko jedna odpowiedź – WYRYWANIEM ZĘBÓW!

Podbudowało nas jedynie to, że pomimo takiego nastawienia, duża ich grupa przyszła do nas na kontrolę zupełnie z własnej woli.

Z Essiengbot wracaliśmy z poczuciem dobrze wypełnionej misji. Zmęczeni, ale podbudowani tym, że jednak nie jesteśmy tacy straszni. Jeżeli tylko Bóg pozwoli, zawitamy tam jeszcze…

Zapraszam do lektury kolejnej relacji – opiszę w niej miejsce, przy którym Essiengbot to  kurort. Miejsce, gdzie nie ma nawet generatora prądu, gdzie od pół roku noc poza gwiazdami rozświetlają zasilane bateriami słonecznymi pojedyncze diody LED. Od dwudziestu lat, w niezwykle trudnych dla Europejczyka warunkach, pracują tam dwie polskie zakonnice.

Jeżeli możesz pomóc, skontaktuj się proszę:
dentysta@dzieciafryki.com