Dżesika i jej Afryka

dzesika1

Wszystko zaczęło się w sobotni październikowy poranek. Załoga drugiej odsłony „Misji Kamerun 2017” w pełni sił stawiła się na lotnisku im. Fryderyka Chopina. W długo wyczekiwanej wyprawie życia towarzyszyli mi Teresa Stachowicz, dr Michał Wierzbicki i Kroko Jones.

Lot do Brukseli przebiegł szybko i spokojnie, choć z małym opóźnieniem. Kolejno lot do Douala w Kamerunie i po pół godziny ostatnie lądowanie w stolicy Yaounde. Zatrzymaliśmy się na nocleg u dominikanek włoskich. W niedzielę uczestniczyliśmy w uroczystej Mszy oraz zwiedzaliśmy stolicę. To co na wstępie mnie uderzyło w tym innym świecie to: straszny ruch na drogach, wyprzedzanie, tłumy ludzi, bogactwo, intensywne nocne życie, kreatywność Afrykanek w kwestii ubioru, wyczucie stylu, korupcja, niesprawiedliwość społeczna.

Nazajutrz udaliśmy się do Abong-Mbang, gdzie wraz z siostrą Alicją Adamską ze Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Duszy Chrystusa Pana udało się zrealizować projekt budowy kuchni dla szkoły. Z okazji naszego przybycia odbyło się uroczyste otwarcie kuchni, poświęcenie, tańce i uczta, a także przygotowany specjalnie z tej okazji program artystyczny.

dzesika4Po dwóch dniach z małym opóźnieniem udałam się do Nguelemendouka, gdzie wraz z siostrą Rozalią Oleniacz ze Zgromadzenia Sióstr Świętego Michała Archanioła fundacja realizuje program opieki na odległość „Adopcja Serca” (wspieranie dzieci w kwestii dożywiania i opieki medycznej) oraz „Bilet do Świata” (wspieranie młodzieży  w edukacji). Będąc koordynatorem tego projektu, czułam ogromną powagę sytuacji podczas realizacji misji. Miałam okazję odwiedzić okoliczne szkoły publiczne, których klasy, w przeciwieństwie do prywatnych – katolickich, są ciemne, wilgotne i brudne. Z pewnością są to trudne warunki do nauki i zabawy. Dzieci są zaniedbane, ale chętne do nauki i pracowite.

Zwizytowałam Oratorium prowadzone przez siostrę Rozalię. Każda klasa ma swojego opiekuna, dzieci bawią się, uczą, mają okazję zjeść ciepły pożywny posiłek – najczęściej jest to ryż i kurczak w sosie. Dzieci są żywe i energiczne. Wszystkim naszym podopiecznym zrobiłam zdjęcia. Warto zwrócić uwagę, że dzieciaki garną się do zdjęć, są bardzo fotogeniczne. W Oratorium wspieramy 185 dzieci (tylu ma polskich opiekunów) ale kolejna setka czeka na adopcje.

Spotkałam się także z młodzieżą. Młodzi ludzie pomagają w różnych pracach przy użyciu maczety. Misjonarka dba o ich formację, integrację, organizuje spotkania filmowe, katechezy oraz uczy praktycznych umiejętności i pracy. Naszym starszym podopiecznym również zrobiłam zdjęcia z przeznaczeniem do dokumentacji dla naszych darczyńców. Wspierają oni 102 młode osoby, ale blisko 60. kolejnych nadal czeka na pomoc. Podopieczni fundacji zorganizowali nam ciepłe pożegnanie, trudno było się z nimi rozstać. Ofiarowaliśmy im m.in. chustę „klanzy”, która z pewnością umili im czas rekreacji i wspólne zabaw.

W Nguelemendouka spędziłam tydzień, a dość szybko poczułam się jak w domu. Stałam się rozpoznawalna, ludzie zwracali się do mnie po imieniu, nie byłam dla nich tylko „biała”. Często widywałam dzieci i młodzież w kościele podczas nabożeństw i sakramentu pokuty i pojednania.

dzesika2Po kilku dniach, w drodze do Balengou, zatrzymaliśmy się przy grobie Stefcia, naszego podopiecznego, który trzy lata temu w wieku 12.lat zmarł z powodu AIDS. Jego adopcyjna mama sfinansowała nagrobek. Miejsce pochówku młodego orędownika Dzieci Afryki przedstawiciele fundacji odwiedzają za każdym razem będąc w okolicy Nguelemendouka. Tym razem na grobie umocowaliśmy pamiątkową tablicę oraz spotkaliśmy się z jego bliskimi. Był to bardzo poruszający moment.

Kolejny etap podróży to Balengou na zachodzie Kamerunu, gdzie również spotkaliśmy się z Siostrami Michalitkami. Mieliśmy okazję zwizytować ośrodek zdrowia oraz szkołę. Warto podkreślić, że klimat różni się znacznie od tego na wschodzie. Tutaj są góry, które osiągają wysokość 1.100 m n.p.m, bujna zielona roślinność i nieco niższa temperatura. I co ważne – owady już tak nie dokuczają jak w tropikalnej dżungli. Zauważalna jest również różnica w mentalności ludzi, którzy są bardziej pracowici, zaradni i nastawieni na rozwój, a nie jak w przypadku wschodu, gdzie wyraźnie dostrzega się zubożenie intelektualne ludności, co negatywnie odbija się w kwestii żywienia, higieny, edukacji i wiary.

Po wizycie w Balengou udajemy się bezpośrednio do stolicy kraju. W Yaounde żegnamy się z ciepłą, zieloną, słoneczno-deszczową Afryką, by po kilkunastu godzinach lotu przywitać się z chłodną, pochmurną i szarą Warszawą.

dzesika5Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się takich przygód i wrażeń. Często jest tak, że owoce podróży przychodzą później. Widzę to również u siebie, ponieważ teraz w moim sercu rodzą się ciekawe pomysły, jak jeszcze można pomagać misjonarzom, a potrzeby są ogromne w każdym aspekcie.

Najbardziej uderzające są różnice między bogatymi a biednymi. Często ludziom brakuje empatii, bogaci skupiają się na sobie i swoim dobrobycie, mogą widzieć skrajną biedę i przechodzić obojętnie… Jest to ogromna dysproporcja i niesprawiedliwość. Ponadto zaznaczają się wyraźne różnice miedzy wschodem a zachodem Kamerunu. Szkoła angielska na zachodzie dała ludziom szansę na pracę i rozwój, inaczej dzieje się na wschodzie, gdzie często ludność nie posiada podstawowej wiedzy w kwestiach życia codziennego. Pochyliłam się również nad kwestią wiary. Chrześcijaństwo ma tam dopiero niecałe sto lat i wciąż zaznaczają się wpływy pogańskie, czary, magia, zabobony, zaklęcia, składanie ofiar itd… Często ludzie uczestniczą w nabożeństwach i sakramentach z czystej ciekawości, przymusu,  a ich życie codzienne nie odzwierciedla prawdziwej wiary, co objawia się na przykład  w braku szacunku i należnej czci do poświęconych przedmiotów.

dzesika3W tym miejscu pragnę serdecznie podziękować polskim misjonarzom, którzy posługują w Kamerunie i wkładają wiele trudu oraz wysiłek w formację i naukę podstawowych prac i zachowań oraz krzewienie wiary wśród miejscowej ludności. Z całego serca ogarniam ich wszystkich modlitwą i pamięcią! My dajemy im tylko pewne narzędzia do pracy, ale prawdziwe owoce są widoczne dzięki ich wysiłkom. Podczas rozmów z misjonarzami dowiedziałam się, że najbardziej trudne w ich życiu są: choroby, odmienność kulturowa oraz fakt, że nie widać od razu efektów ich pracy – te owoce zbierze ktoś inny. Ale za to oni zbierają owoce po poprzednikach, co objawia się poprzez wdzięczność, którą żywią do nich m.in. policjanci – byli wychowankowie misji, którzy kiedyś otrzymali szansę wybicia się.

Biorąc pod uwagę powyższe rozważania zachęcam do modlitwy i wspierania materialnego polskich misjonarzy, bo ich praca i trud są wartościowe i nie idą na marne, a także przyczyniają się do tego, że świat staje się lepszy i radośniejszy.

Dżesika Haręzga

dzesika7