Dzieci z Cheshire Home są niesamowite

Pamiętam pierwszy wieczór w Namibii, w Windhuk. Siedziałam przed domem, w którym mieszkają Siostry i w którym i ja zatrzymałam się na kilka dni. Pogoda przyjemna, aż trudno uwierzyć, że poprzedniego dnia byłam w Polsce, gdzie było kilka stopni na minusie…

No więc siedziałam i się zastanawiałam. Czy ja aby na pewno jestem tu, gdzie powinnam być???

Czy to jest to, czego ja naprawdę chcę? Ale tak naprawdę!?

Siostry u których się zatrzymałam były super! Siostra Jadwiga – Polka, odebrała mnie z lotniska. Przez 3 dni opiekowała się mną, pokazała mi Windhuk. Siostra Emanuela i Siostra Agrypina – Namibijki, rozmawiały ze mną, dzięki czemu przyzwyczaiłam się do tutejszego angielskiego, który w wymowie jest inny niż ten nasz, uczony.

Ich angielski też jest uczony, ale jednak Afrykańczycy mówią trochę inaczej. Inny akcent, inna wymowa.

W poniedziałek wsiadłam do autobusu, który zawiózł mnie do Katima Mulilo.

Autobus wygodny, z klimatyzacją, WC i TV. Drogę miałam z przygodami, bo w środku nocy na 15 minut stanęliśmy pośrodku niczego – popsuliśmy się. Dziewczyna, która pełniła rolę stewardesy, poprosiła o zachowanie spokoju, co jeszcze bardziej wzmogło nasz niepokój. Na szczęście niedługo ruszyliśmy dalej.

W Katima Mulilo byłam po 7 rano. Podróż trwała więc ponad 16 godzin! Do Cheshire Home przywiozła mnie Siostra Lucy Mazurkiewicz, również Polka, która wyjechała po mnie do miasta.

Zostałam zakwaterowana w samodzielnym mieszkanku – dwa pokoje, kuchenka, łazienka. Pełen luksus!

Siostra Lucy otoczyła mnie niesamowitą opieką: „jak się czujesz?”, „jak znosisz upały?”, „wyniesiemy to drugie łóżko i wstawimy Ci stolik”, „przyniosę Ci zaraz firanki”, „dam Ci żelazko!”…

To strasznie miłe! Zostawiłam swoją rodzinę prawie 8000 km stąd, ale czuję się, jakbym była wśród „swoich”. Dzięki temu aklimatyzacja tutaj była bardzo łatwa.

A dzieciaki?

Pierwszego dnia nieśmiałe, ale przyglądały mi się z zaciekawieniem. Kiedy mnie przedstawiano każdemu z osobna, odwracały z zawstydzeniem wzrok.

Po tygodniu już się ze sobą oswoiliśmy. Mówią „hello” kiedy przechodzę, podchodzą, przytulają się, uśmiechają. Znają mnie już, oswoiły się z moją obecnością tutaj.

Zaczęłyśmy z Jesse Nehemia – tutejszą fizjoterapeutką, zajęcia z dziećmi.

Jesse jest na urlopie macierzyńskim – 27 lutego urodziła swojego drugiego synka – Morisa. Fin – jej starszy syn ma 1,5 roku i jest rozpieszczany przez wszystkich – zaczynając od dzieci z Cheshire Home, poprzez personel, po siostry.

Po południu zaprosiłyśmy trzech chłopców na ćwiczenia. Przy okazji Jesse opowiadała mi o każdym z nich, a ja mogłam zobaczyć na ile ich stać, ile mają siły i co potrafią zrobić. To dla mnie świetna baza wyjściowa do opracowania własnego programu rehabilitacji dla każdego dziecka z Cheshire Home.

Jak wygląda plan dnia w Cheshire Home?

Dzieci na 7 rano idą do szkoły (współczuję, pamiętam, że ja na 8 często nie mogłam się wyrobić – uwielbiam spać). Ok. 12:30 wracają ze szkoły (zarówno te z primary school jak i secondary school). Wtedy też mają obiad. Po obiedzie dzieci secondary school wracają do szkoły na kolejne zajęcia, a młodsze dzieci mają wolne. Wtedy odbywają się zajęcia z fizjo. Dzieci mają ćwiczenia albo indywidualnie, albo w parach albo w grupach – wszystko zależy od wielu rzeczy – ile czasu potrzebujemy poświęcić danemu dziecku, czy dziecko w grupie czuje się swobodnie czy jest zawstydzone i nie ćwiczy, czy są osoby, których rodzaj niepełnosprawności jest podobny i mogą wykonywać te same ćwiczenia.

Rehabilitacja tutaj obejmuje nie tylko ćwiczenia fizyczne. Wiele dzieci ma problemy z pisaniem i czytaniem – nie znają alfabetu, co sprawia, że nie są w stanie zdać do następnej klasy.

Nauczyciele nie mają poczucia idei swojej pracy. Nie widzą problemu w tym, że 90% klasy nie potrafi czytać i pisać. Dlatego rehabilitacja w Cheshire Home obejmuje także ćwiczenie takich umiejętności.

Wiedząc już o tym, wysłałam pismo do firmy GLOTTISPOL, która działa w Polsce, a której działalność skupia się na dostarczaniu dzieciom narzędzi edukacyjnych. Pismo zawierało prośbę o podarowanie naszym dzieciom specjalnych klocków ułatwiających naukę czytania. Nauka przez zabawę jest najbardziej efektywna, a klocki zostały przygotowane w oparciu o metodę glottodydaktyki. Dziś dostałam odpowiedź – firma zgodziła się podarować nam dwa komplety takich klocków! Odbieram to jako mój pierwszy osobisty sukces tutaj!

Dzieci z Cheshire Home są niesamowite!!! W Polsce miałam do czynienia z młodymi dorosłymi cierpiącymi na mózgowe porażenie dziecięce. Już wtedy zauważyłam, że ich radość życia jest zdecydowanie większa niż u osób sprawnych. Jest to niezwykłe zjawisko. Tutaj dostrzegam to samo! Przez tydzień pobytu w Katima Mulilo słyszałam płacz dziecka może ze dwa razy. Dzieciaki są cały czas uśmiechnięte, pomagają sobie nawzajem – nie trzeba im mówić, czy pokazywać palcem, że ich kolega sam sobie nie poradzi. Wspierają się na tyle na ile potrafią, tworząc w ten sposób społeczność na kształt rodziny.

W Cheshire Home mieszkają w czasie semestru, na wakacje jadą do swoich domów. Także większość czasu spędzają ze sobą, w Cheshire Home, gdzie uczą się samodzielności w stopniu, jaki umożliwia im ich niepełnosprawność.

Kiedy się patrzy na ich zmagania, człowiek nie może przestać się dziwić. Ja chyba nigdy nie przestanę patrzeć z podziwem na 18-letniego Mateusa! Chłopak urodził się bez nóg, bez lewego przedramienia i jednego palca prawej ręki. Mimo to świetnie gra w piłkę, biega, skacze po drabinkach, rysuje. Jest w secondary school, radzi sobie dobrze, choć w opinii Sióstr i Jesse, mógłby lepiej J Jest bystry. Kiedy się widzi takiego nastolatka, który mógłby wiele osiągnąć, chciałoby się zrobić wszystko, co tylko możliwe, żeby mu pomóc, umożliwić dalszą edukację, pracę. Żeby się chłopak nie zmarnował, bo żal!

Wiele jest takich dzieci. Wiele było i na pewno będzie! Cheshire Home jest dla nich jedyną nadzieją, i choć one same muszą włożyć wiele pracy w to, żeby coś osiągnąć, to jednak to miejsce daje im ogromne wsparcie. I dlatego cieszę się, że tu jestem, a po wątpliwościach, które dopadły mnie pierwszego wieczora w Windhuk, nie ma już śladu!