Historia budowy szkoły na sawannie

Zapraszam w podróż do miejsca, które nie widnieje na mapie świata – Bundoli – wioski bez dostępu do elektryczności, pitnej wody, szkoły, gdzie życie toczy się zgodnie z rytmem natury. Zobacz reakcję mieszkańców na pierwsze światło w osadzie, poznaj drogę prowadzącą do zainspirowania dzieci do edukacji, poczuj smak lokalnego jedzenia, dotknij miejsca nieskażonego cywilizacją, wejdź do chaty, w której mężczyzna ma u boku trzy żony.

Przemierzenie tysięcy kilometrów, aby dotrzeć do niewielkiej wioski na sawannie dla wielu mogłaby wydawać się monotonne, nieciekawe. Na szczęście istnieje wiele rodzajów wypraw i typów podróżników. Dla mnie piękno miejsca i całej podróży tkwiło w ludziach, zwyczajach, kulturze oraz tym, co wspólnie z nimi tworzyłam i przeżywałam. Tak zaczęła się moja współpraca z Fundacją Dzieci Afryki, a chwilę po tym projekt „Budujemy szkołę w Ghanie”.

Bundoli – niewielka wioska na północy Ghany. Oddalona od cywilizacji, bez dostępu do elektryczności, pitnej wody, szkoły. Życie toczy się zgodnie z rytmem natury. Kobiety wychowują gromadkę dzieci, gotują codziennie to samo jedzenie, chodzą kilka razy dziennie po wodę z kilkunastolitrowym zbiornikiem na głowie. Do najbliższej rzeki trzeba przejść kilka kilometrów. W 40 stopniach, parzącym słońcu i porywistym wietrze niosącym piasek z pustyni jest to długa droga do pokonania. Mężczyźni odpowiedzialni są za uprawę pola, która na sawannie jest jedynym źródłem pożywienia i utrzymania. Zadaniem dzieci jest pomoc w pracach domowych. Nie mają wielkich nadziei, celi, szans i możliwości. Życie proste od lat, utarte schematy nie pozwalają na wyjście poza ramy ich powszedniego, a wręcz prymitywnego życia. Nie znają życia poza ich zamkniętą społecznością ani narodowego języka bowiem posługują się jednym z 200 lokalnych języków zwanym komba

Pobyt w wiosce był niezwykle uciążliwy – brak wody, jedzenie bezwartościowych, monotonnych posiłków przygotowywanych przez kobiety, spanie z chmarami karaluchów i pająków, życie z daleka od jakiejkolwiek cywilizacji. Nowe okoliczności wymagały ciągłego dostosowywania się do realiów życia, ale jednocześnie dostarczały emocjonalnych przeżyć, niosących ze sobą ogrom radości i wzruszeń.

Kobieta w Ghanie ma znacznie mniej praw. Nie podejmuje decyzji, wykonuje obowiązki i zadania wskazane przez mężczyznę. Moja rola w wiosce odwracała te schematy. Sprawiła, dzięki wsparciu wielu osób i Fundacji, że to co była jedynie w sferze marzeń mieszkańców – szkoła, czysta woda, elektryczność – stało się rzeczywistością. Dwa dni po przyjeździe, w miejscu pustego placu  rozciągał się ogromny plac budowy. Szkoła rosła w oczach. W niektórych momentach w budowę zaangażowanych było kilkudziesięciu mieszkańców. Każda rzecz, wykorzystywana na budowie była wykonywana ręcznie. Jako łopaty służyły ręce, jako taczki – miski i rowery. Nie było betoniarki, zakupionych cegieł, bieżącej wody do wykorzystania. Fundamenty wykopywane były narzędziami jedynie przypominającymi łopaty, cegły wykonywane na miejscu ze specjalnie przygotowywanych form, cement mieszany ręcznie i przenoszony miskami na budowę, a woda przynoszona na głowach kobiet z rzeki.

Wszystko odbywało się z zachowaniem lokalnych zwyczajów. Zaczęłam od wyznaczenia z wodzem wioski najlepszego miejsca i przygotowania profilu szkoły. Budowa również odbywała się metodą lokalną. W przerwach między zalewaniem fundamentów i stawianiem ścian zbierałam wszystkie dzieci z Bundoli, prowadziłam lekcje, organizowałam gry, zabawy i zajęcia artystyczne.

W ciągu zaledwie 16 dni powstała szkoła dla dzieci z Bundoli nazwana imieniem wybitnego pisarza i reportera – Ryszarda Kapuścińskiego, która po dziś dzień jest przystanią edukacyjną wioski. Ściany szkoły pokrywają niezliczone cytaty, rysunki, litery oraz działania matematyczne. Na jednej z głównych ścian budynku można również znaleźć miniaturkę mapy świata dającą mieszkańcom wyobrażenie o ich miejscu w globalnej rzeczywistości, a także przeczytać motywujące i inspirujące hasła oraz teksty dziecięcych piosenek. Udało się również kupić szkolne przybory, a także włączyć światło w wiosce, która do tej pory była całkowicie pozbawiona elektryczności, a dzieci wieczorami uczyły się w świetle latarek i lamp naftowych. Została również ukończona budowa studni. Obecnie mieszkańcy mają dostęp do czystej wody bezpośrednio w wiosce.

Podróż w głąb Ghany wymagała zaangażowania, czasu, utytłania i walki z własnymi słabościami, ale satysfakcja z realizacji celu jest bezcenna. Tym większa jest wtedy, kiedy pozostawia po sobie dziedzictwo dla innych.

Ania Goworowska
z Fundacji Dzieci Afryki

Więcej informacji:
www.facebook/budujemyszkolewGhanie
www.gowografia.worldpress.com