Kameruńskie pielgrzymowanie

Na przełomie roku 2010/2011 Grażyna Trautsolt – podróżniczka z Warszawy zwiedzała Kamerun. Jeden z etapów podróży wiódł przez wschodnią część kraju, w której posługują polscy misjonarze – znani Fundacji DZIECI AFRYKI. Pani Grażyna była świadkiem m.in. pielgrzymowania dzieci do Matki Bożej Ubogich w Nguelemendouka. Barwnym językiem opisuje to czego dostrzegły jej oczy, co usłyszały uszy:  

ATOK to  siedziba misji polskich Marianów, jest ich teraz już czwórka razem z nowowyświeconym – rodowitym Kameruńczykiem. Tuż przed świętami miała tu miejsce wyjątkowa uroczystość: pierwszy Kameruńczyk – Yves został przyjęty do grona Marianów! Odbyły się uroczystości z udziałem Księdza Prowincjała, który specjalnie przyleciał z Polski.

Misja Atok to urocze miejsce pełne zieleni, można powiedzieć, gospodarstwo, nie tylko z kościołem, ale i innymi budynkami: pawilonem, kuchnią polową, miejscem, gdzie dzieci z wioski mogą odrabiać lekcje, a ludzie np ładować komórki (od ok. 18 do 21 jest włączany agregat prądotwórczy). Kościół i okoliczne kaplice, a także Droga Krzyżowa jest udekorowana płaskorzeźbami wykonanymi z kamienia przez lokalnego twórcę – amatora. Bardzo ładne i oryginalne!

Wyjechaliśmy w dwa samochody dalej na wschód od Atoku – około 350 km, za Abong Mbang, w bok od Bertoua, najpierw drogą asfaltową około 80 km, a potem w kurzu, po czerwonej drodze z dziurawymi, czasami, mostkami, mijając porzucone wraki samochodów, słowem – dużo atrakcji. No i było wesoło, bo zabraliśmy w sumie około 25 dzieci na pielgrzymkę do miejscowości o nazwie trudnej NGUELEMENDOUKA leżącej w dżungli zamieszkałej głównie przez plemię Maka z grupy Bantu. W pielgrzymce uczestniczyło ponad 1 800 dzieci plus opiekunowie, w sumie prawie 2000 osób z całej diecezji. Niektórzy szli na piechotę, inni jechali cały dzień, byli ładnie i jednakowo ubrani, ale byli też biedni i boso. Parafie zapewniały posiłki (na ogół jechał ktoś, kto za to odpowiadał); atrakcyjnie wyglądały polowe kuchnie, ale też i wspólne sale dzieci. A dzieci, jak to dzieci – dużo im nie trzeba, aby tryskać radością. Pielgrzymka była dla wielu wielka atrakcją, nie tylko opuszczenia swego miejsca zamieszkania, ale i wspólnej modlitwy, posiłku lub zabawy. Celem jednak była modlitwa: mszę uatrakcyjniały śpiewy, zawsze towarzyszył przebój „Tu peut changer le monde autour de toi. Avec Jesus”; bardzo melodyjny utwór, ochoczo śpiewany i tańczony. Drugiego dnia przyjechał Ksiądz Biskup Jan Ozga (Polak) i też śpiewał z dziećmi. Wieczorem odbyła się wspólna procesja z lampionami do pobliskiej groty. Zapachniało Lourdes i Fatimą.

W Nguelemendouka siostry Michaelitki (pozdrawiam!) prowadzą szeroką działalność: ośrodek zdrowia, przedszkole i szkołę, siostra o imieniu Immakulata była wszechobecna, a jej temperament i zdolności organizatorskie wprawiały mnie w podziw.

Dzieci na pewno zapamiętają naukę o tym, jak trzeba się dzielić wszystkim z innymi, bo jak opowiadał Ksiądz Mirek Bujak – jak dużo nabierzesz jedzenia i na dużą łyżkę, to nie dasz rady wziąć jej do buzi i tym samym nie najesz się, a małą łyżką nałożysz tyle, ile chcesz i się najesz. Obrazowe i pouczające: „nie bądź zachłanny i pamiętaj o innych.”

Były konkursy: poszczególne grupy śpiewały i tańczyły, było przedstawienie o narodzeniach Pana Jezusa, a dzieci zabawnie wczuwały się w role nie tylko Królów, Maryji czy Św. Józefa, ale i zwierząt.

Organizatorzy zapewnili coś w rodzaju odpustu, dzieci mogły grać i wygrać np piłki czy lalki, były też fanty. I tu zostałam pouczona przez misjonarza: kup fanty i dawaj tym co stoją na boku i płaczą, po butach (lub ich braku) poznasz,  kogo nie stać, aby kupić los loterii. Potem też usłyszałam od jednego z Księży: „a ja daję tym, co coś już wygrali” z komentarzem: „ty robisz za Caritas a ja ich uczę”. Ciekawe!

Komentarz: istnieje wszechobecny pogląd Kameruńczyków, że biały człowiek ma pieniądze i ma im je dać. Należy im uzmysłowić, że pieniądze dostaje się za pracę. Widziałam, że misjonarze dając wypłatę za prace w ogrodzie czy kuchni uczyli, że z pensji trzeba kupić np. zeszyty dzieciom do szkoły, a nie tylko przebalować (dużo piją, nie tylko piwa, ale i domowego wina palmowego). Za czasów kolonialnych na francuskich plantacjach kawy pracowali Kameruńczycy przesiedlając się nawet z bardzo daleka. Po wyjeździe Francuzów miejscowi zarzucili plantację, która zarosła, a ludzie pozostali i nic nie robią. Oczywiście, nie wszyscy w Kamerunie tak postępują, widziałam kobiety ciężko pracujące na utrzymanie licznych dzieci, tutaj podkreślam dużą rolę misjonarzy często płacących za naukę biednych i wielodzietnych rodzin. Można w tą akcję się włączyć i zrobić dobry i pożyteczny uczynek. Zachęcam.

Kobiety będąc zapracowane nie mogą zapewnić dzieciom czułości, których każde dziecko potrzebuje. Dlatego też maluchy ośmielone tulą się do misjonarzy całują, głaszczą ich po rękach, jest to zdumiewające, sama tego doświadczyłam.

Ostatni dzień 2010 roku spędziłam w Essiengbot miejscowości położonej w odległości od Atok około 100 km, do „znajomych” pielgrzymkowych sióstr i księdza – na wspólne spędzenie wieczoru sylwestrowego.

Nigdy przedtem nie słyszałam tylu kolęd, ile tego wieczoru na  Misji, gdzie siostry Opatrzności Bożej prowadzą szpitalik (pomoc całodobowa!), przedszkole, szkołę, warsztaty nauki dla kobiet np. szycia, haftu. Była uroczysta kolacja (kanga z pobliskiej rzeki Nyong i inne dobroci, a na moje tylko westchnienie o chrzanie, ksiądz Proboszcz przyniósł … polski chrzan!) i znowu śpiew – wszystko było: harcerskie i wojskowe, podobno pod płotem miejscowi przyszli słuchać. O północy zabiły kościelne dzwony, wspólna modlitwa i życzenia (a nad nami pod stropem kościoła, liczne nietoperze); wzruszenie osiągnęło maksimum przy wspólnie zaintonowanej pieśni: „Bóg się rodzi”.

I tak zaczęłam rok 2011, rok, w którym, mam nadzieję, odwiedzę inne misje mariańskie – tym razem w Rwandzie.

Serdecznie dziękuję wszystkim Siostrom i Księżom
za umożliwienie mi poznania innego Kamerunu,
widzianego od strony pracujących tam misjonarzy.
Dużo się dowiedziałam a i poczyniłam sporo obserwacji.
Potwierdza się mój pogląd, że misjonarzami mogą być osoby pogodne, otwarte na ludzi i świat i o dużej tolerancji.
Wielki szacunek dla ich ciężkiej i odpowiedzialnej pracy,
trzeba być konsekwentnym, ale i elastycznym, a to strasznie trudne.