Ks. Jakub wstrząśnięty dobrocią

czad350Dzięki Bogu Covid-19 nie atakuje Czadu (na dzień dzisiejszy). Chyba sam Pan Bóg nas tutaj chroni… – pisze ks. Jakub Szałek, misjonarz w Doumougou. Gdyby ten wirus rozprzestrzenił się w Czadzie, tak jak dzieje się to w Europie – to pewnie niewielu z nas miałoby szansę na przeżycie…

Na co dzień, w normalnych warunkach, nie ma tutaj podstawowej opieki medycznej, która jako tako zapewniłaby człowiekowi w miarę normalne leczenie. Łatwo jest sobie wyobrazić, jak wyglądałoby leczenie w czasie kryzysu np. Covid-19. To znaczy, że nie byłoby jak, ani gdzie się leczyć… No może mieszkańcy stolicy Czadu mieliby jakiś dostęp do szpitala, gdzie mogliby się kurować. Niech zatem sam Pan Bóg nas chroni przed tym wirusem. Dla Czadu to najbardziej optymalna opcja, która napawa jakąś tam nadzieją!

Pod koniec września wyruszyłem z miasta do mojej misji. Tak jak zawsze, pokonanie ponad 100 km, motorem, zajęło mi cały dzień. Ostatni etap, który miałem przejechać bryczką ciągniętą przez byki, musiałem jednak pokonać pieszo w wodzie po pas (w polach ryżowych). Mianowicie, po kilkuset metrach jazdy na bryczce, urwało się koło od tej bryczki. Trzeba było szybko zeskoczyć do wody, by ratować bagaże (by się nie zamoczyły), i pozostałe 5 kilometrów pokonać piechotą we wodzie i błocie. Byki odczepiliśmy i zabraliśmy ze sobą. Natomiast nasze motory i bagaże na nowo dobrze umocowaliśmy na krzywo pochylonej bryczce, tak by nie zsunęły się do wody. Kiedy dotarliśmy do misji, było już ciemno. Byłem trochę zmęczony tą całą drogą… W nocy, nawet nie wiem kto, przywiózł nam motory i bagaże do naszej misji. W Czadzie każda podróż jest pełna niespodzianek… Już się do tego trochę przyzwyczaiłem…

Pierwsze dni pobytu, w mojej misji Doumougou, okazały się dość smutne. Jeden z moich katechistów bardzo ciężko zachorował na malarię. Miejscowy pielęgniarz nie był w stanie nic zrobić. Poradził, by odtransportować chorego do szpitala. Poszukaliśmy motor, dobrego kierowcę oraz kogoś, kto będzie trzymał chorego. Z samego rana ruszyli motorem (we trójkę). Podziwiałem kierowcę! Dla mnie trudno jest przejechać przez te błota i wody bez pasażera… Nawet nie próbowałem sobie wyobrażać, jak oni tą drogę pokonają. Na szczęście udało się, i już wieczorem byli w miejskim szpitalu. Niestety stan chorego pogorszył się bardzo mocno. W nocy zmarł w szpitalu. Zmarłego trzeba było przywieźć z powrotem do wioski. Jedyny środek transportu to motor. W jaki sposób podróżować motorem z człowiekiem, który nie żyje? Gdybym tego nie widział, to bym nie uwierzył… Zwłoki umieścili w środku, między kierowcą a pasażerem. czad1Nogi zmarłego mocno przywiązali do ramy motoru. Z przodu był kierowca, z tyłu pasażer, który podtrzymywał zwłoki, tak by nie chwiały się na boki. I znowu cały dzień drogi… Wyjechali bardzo wcześnie rano i po południu byli już na wiosce.

Zaraz, tego samego dnia odprawiliśmy pogrzeb. Poszedłem z ludźmi, by pochować zmarłego. Miałem do pokonania pieszo (w porze deszczowej nie da się inaczej) 7 kilometrów w bardzo grząskim błocie po kolana. Taki etap pokonuje się w niecałe trzy godziny. Zanim rozpoczęliśmy obrzędy pogrzebowe, odbyło się najpierw tradycyjne pożegnanie zmarłego. W każdej wiosce jest jakieś święte drzewo, gdzie mają miejsce ważne sprawy wioskowe (rozstrzyganie spornych spraw przez sołtysa – pierwsza instancja sądownictwa, narady starszyzny, pogrzeby, spotkania religijne). Pod tym właśnie drzewem ustawiono trumnę (zamiast postumentu tzw. katafalku – było czyjeś łóżko). Wszyscy zgromadzeni podchodzili do otwartej trumny tańcząc i śpiewając – w rytm muzyki tam-tamów. Kiedy już każdy zobaczył nieboszczyka, dopiero wtedy odprawiłem Mszę świętą i przemieściliśmy się w okolice zagrody zmarłego katechisty. Tam go pochowaliśmy. Na wioskach nie ma cmentarzy. Ludzie spoczywają albo na terenie swojej zagrody, albo gdzieś na obrzeżach wioski. Po skończonej ceremonii poszedłem do żony zmarłego, by jej złożyć kondolencję. Nie bardzo wiedziałem, co mógłbym jej powiedzieć (wcześniej zmarło jej troje dzieci – synowie – też na malarię. Została z trzema córkami… W ramach kondolencji przytuliłem ją tylko – i chyba nawet nic nie powiedziałem… Ona natomiast, cała zapłakana, zaczęła mówić i przepraszać mnie za to, że nie ma jak mnie ugościć…, i że jest jej wstyd, że tak bez posiłku odchodzę, i na głodnego muszę pokonać w błocie (na pieszo oczywiście) te 7 kilometrów drogi powrotnej. I wtedy, mnie, zakręciła się łezka w oku… Tak sobie pomyślałem, jak bardzo miejscowi ludzie mnie szanują, a może nawet kochają… Kobieta, która wczoraj straciła swojego męża, dziś – dosłownie przed chwilą go pochowała, ta kobieta jest zatroskana o to, że nic nie jadłem i mogę być głodny… Po rozmowie z nią, tak byłem poruszony, jakoś wewnętrznie wstrząśnięty jej dobrocią – że już nawet zapomniałem o tym, że byłem głodny!

Kilka dni po pogrzebie, jeden z kuzynów zmarłego katechisty zabrał do siebie wdowę oraz cały jej dobytek. Tu gdzie jestem, kobieta nie ma racji bytu – będąc samą, bez mężczyzny! Zobaczymy co będzie dalej… Może któryś z braci, lub kuzynów jej zmarłego męża weźmie ją sobie za żonę. Jeśli nie, to może wrócić do swoich rodziców zabierając tylko swoje ubrania i nic więcej. Jeśli okazałoby się, że za jakiś czas, znajdzie się kandydat, który pragnąłby ją poślubić – to najpierw musi zwrócić pieniądze rodzinie zmarłego męża, równowartość sumy jaką dali za nią jej rodzicom. I wtedy wszystko jest uregulowane. Wdowa ma zaledwie 35 lat. Tak naprawdę żal mi tej kobiety… Cóż, takie życie w Czadzie!

polecam się modlitwie,
z kapłańskim błogosławieństwem
ks. Jakub Szałek

działalność misyjną autora listu,
w zakresie edukacji i opieki nad dziećmi w Czadzie,
można wspomóc poprzez program Fundusz Misyjny

Fundacja DZIECI AFRYKI
al. Zjednoczenia 13, 01-829 Warszawa
78 2490 0005 0000 4600 9165 1606
tytuł: M1 – Fundusz Misyjny / ks. Jakub Szałek

czad2

Comments are closed, but trackbacks and pingbacks are open.