Moja Afryka

Elżbieta Wolska

Moja Afryka to feeria kolorów i smaków. Cytryny zrywane wprost z drzewa. Niesamowicie soczyste ananasy, papaje, mango. Tradycyjne, różnobarwne stroje kobiet. Warkoczyki dziewcząt plecione na setki sposobów. Moja Afryka wieczorami pachnie dymem z tysiąca przydomowych ognisk. To dźwięki tam-tamów i śpiew, pomieszane z ogłuszającym graniem świerszczy. To nocne niebo rozjarzone gwiazdami i ziemia rozświetlona migotliwym blaskiem świetlików. To, wreszcie, radosne twarze dzieci, ich oczy obserwujące nas – białych – z uważnym zainteresowaniem, rączki wyciągane do nas z ufnością, niezwykła otwartość na kontakt, relacje, które wiążą pomimo barier językowych i kulturowych. Taką Afrykę pragnę unieść w sercu po dwutygodniowym pobycie w Kamerunie.

Kilkanaście dni to jednak zbyt krótki czas, by dobrze poznać wszystkie oblicza tego miejsca. Z urywków wspomnień, opowieści snutych przez misjonarki przy wspólnym stole, fragmentów obrazów uchwyconych w drodze wyłania się inny obraz afrykańskiej rzeczywistości. Siostry cierpliwie odpowiadają na wszystkie moje pytania. I tak poznaję Afrykę, jakiej nie chciałabym pamiętać, a mimo to ten drugi, surowy, obraz równie mocno wyryje się w mojej pamięci.

Moja Afryka to dżungla upominająca się o każdy wydarty jej skrawek ziemi, ciężka praca ludzi uprawiających poletka w gąszczu brusu, by nie umrzeć z głodu. Dzieciaki w podartych koszulkach, cudem chyba trzymających się ich wątłych ciał, pracujące, by zarobić na swoje utrzymanie. Czternastoletni chłopcy zamykani w przepełnionych więzieniach, do których trafili niesłusznie oskarżeni o czary lub kradzież. Młode dziewczyny, które za pracą wyjeżdżają do stolicy (widziałam je na ulicach Yaounde), zarażone AIDS, wracające do swoich wiosek tylko po to, by umrzeć we własnym domu (niska świadomość społeczna i brak dostępu do podstawowej opieki medycznej powodują, że malaria, AIDS i inne choroby wirusowe czy bakteryjne zbierają tu potworne żniwo). To przepełnione bólem oczy dzieci, które wiedzą, że płacz na nic się nie zda, bo rodziców i tak nie stać na pomoc medyczną. Młodzi, inteligentni ludzie, którzy z powodu ubóstwa nigdy nie opuszczą swojej wioski. I wiele, wiele innych skrawków surowego afrykańskiego życia.

Wciąż tylko nieliczni mają szansę odmienić swój los, zdobyć wykształcenie, podjąć dobrą pracę zarobkową. I chyba zdają sobie sprawę z tego, jaką szansę otrzymują dzięki misjom, bardzo szanują tu siostry, które leczą, nauczają, karmią. Potrafią być wdzięczni za okazane im dobro. Moja podróż szlakiem polskich misji w Kamerunie utwierdziła mnie o potrzebie pomocy, jaką zapewniają Afrykańczykom misjonarze i misjonarki.

Nguelemendouka

Kilka dni to zbyt krótki czas, by dobrze poznać miejsce, w którym siostry ze zgromadzenia św. Michała Archanioła zbudowały oazę piękna, miłości i spokoju. Teren misji w Nguelemendouka jest czysty i zadbany. Budynki szkoły, oratorium, stołówka, internat dziewcząt, świetlica, dyspanser, dom sióstr, kościół, kaplica usytuowane są na dość rozległym terenie, ciężką pracą odebranym dżungli. Dzieci, które tu spotykam są ufne, serdeczne, wesołe. W czasie przerwy oblegają mnie tłumnie. Zrobienie zdjęć to niezwykle trudna sztuka. Na widok aparatu w dłoni natychmiast podbiegają, gdyż oglądanie siebie na ekranach kamer sprawia im ogromną radość. Półgodzinna przerwa kończy się szybko. Na dźwięk „dzwonka”, który tu zastępuje uderzenie drążkiem w żelazną felgę zawieszoną przy szkole, dzieci ustawiają się w rzędach przed klasami. Teraz obowiązkowe mycie rąk i już można kontynuować lekcje. Odwiedzam klasy, dzieci witają mnie uśmiechem, pozdrawiają. Oprócz drewnianych tabliczek mają też zeszyty i książki, w które wyposażyły je siostry.

Chętnie podchodzą do tablicy, prezentując swoje umiejętności. Poziom nauczania w Kamerunie jest najwyższy właśnie w szkołach katolickich. Po lekcjach większość dzieci (te które objęte są programami Adopcji Serca i Biletu do Świata) korzysta z zajęć w Oratorium. Ten nowy, w tym roku oddany do użytku, budynek jest przepiękny. Tu, w czystych, przestronnych salach dzieci powtarzają lekcje, uczą się, czytają lub po prostu bawią się. Na ścianach kolorowe malunki przedstawiają sceny biblijne lub z codziennego życia Afrykańczyków. Na regałach stoją zabawki, niektóre z nich wydają mi się znajome. Siostra potwierdza, to dary przysłane przez Fundację. Również meble (stoły i ławeczki) to nasz wspólny wkład w organizację tego miejsca. Zostały zakupione za tegoroczny dochód z 1%. Obok budynku oratorium stoi stołówka i kuchnia. Tutaj rodzice pełniący dyżury przygotowują ciepły posiłek dla dzieci. Niezwykła to sztuka wykarmić taką małą „armię”. Ale kobiety są dobrze zorganizowane. Wkrótce stołówka napełnia się wesołym gwarem setek dzieci. Po chwili zapada cisza. To czas skupienia przed modlitwą. Modlitwa towarzyszy dzieciom wiele razy w ciągu dnia. Siostry bardzo dbają o duchowy rozwój dzieci. Teraz słychać już tylko dźwięki łyżek zanurzanych w metalowych miseczkach. Stąd nikt nie ma prawa wyjść głodny. Nic dziwnego, że nawet po ulewnym deszczu, brnąc w czerwonym błocie kameruńskiej drogi, czasem po kilka, kilkanaście kilometrów, dzieci i tak przychodzą do szkoły. To miejsce, w którym czują się ważne, bezpieczne i kochane. Po posiłku kontynuują zajęcia świetlicowe aż do wieczora. Potem czerwoną drogą, wytyczoną przez zwarte ściany brusu, wracają do swoich domów, by zdążyć przed zmrokiem.

Tak wygląda zwykły dzień w Nguelemendouka, widziany oczyma podróżnika – pielgrzyma. Wiem ile pracy i serca wkładają siostry, których jest tu tylko pięć, roztaczając opiekę nad dziećmi. Widzę, że żaden grosz przekazany przez Darczyńców się nie marnuje. Ale potrzeb jest wciąż tak wiele. Biblioteka wymaga wyposażenia, brakuje francuskojęzycznych książek, puzzli, gier rozwijających wyobraźnię. Wiele pieniędzy przeznaczanych jest na środki czystości, żywienie, odzież, czy wreszcie upominki dla dzieci, choćby z okazji zbliżających się świąt. Cieszę się, że również dzięki nam dzieci otrzymają w tym roku gwiazdkowe prezenty.

Prowadzenie przedszkola, szkoły i oratorium to tylko część codziennych obowiązków sióstr. Jest jeszcze dyspanser, w którym udzielają pomocy medycznej pacjentom, są starcy i chorzy odwiedzani w wioskach, jest internat, dbanie o kaplicę, kościół. Codzienne modlitwy, również za Darczyńców. Wiele razy ogarnia mnie tu wzruszenie. Jestem gościem, a czuję się jak w domu. Moje wszystkie obawy związane z wyjazdem do odległego Kamerunu teraz wydają mi się śmieszne. To początek podróży, a ja już  żałuję, że przyjechałam tu na tak krótko.

W niedzielę kościół jest pełen. Większość obecnych to dzieci i młodzież. Przepiękna oprawa Mszy świętej, dźwięki balafonów, radosny śpiew, słowa modlitwy, znowu wywołują we mnie falę wzruszenia. W intencjach siostry Michalitki pamiętają o Darczyńcach, Fundacji, o mnie… W tym miejscu pragnę Im gorąco podziękować za serdeczne przyjęcie, troskę, otoczenie opieką, domową ciepłą atmosferę, pamięć w modlitwie, za każdą wspólną chwilę. Dziękuję!

Spotkanie 

Poznałam mojego Mariusa. Nauczyciel przyprowadził grupkę dzieci, które obiecałam odnaleźć, by przekazać im kilka słów lub drobiazgów od opiekunów. Rozpoznałam go od razu. Marius chodzi do pierwszej klasy, w tej chwili chyba nie bardzo zdaje sobie sprawę z tego, co się dzieje. Czego ta obca „la blanche” może od niego chcieć? Ale pozwala wziąć się na ręce, chętnie pozuje do zdjęcia. Jak wszystkie spotkane tu dzieci jest bardzo ufny, wie że na misji nic mu nie grozi, dlatego jest cichy i spokojny. Potem odwiedzam go jeszcze raz, w klasie. Dla mnie to spotkanie znaczy bardzo wiele. Nie jestem pewna, czy Marius mnie zapamięta, niewiele chyba rozumie z całego zamieszania wokół jego osoby. To nic. Mam pewność, że warto inwestować w jego przyszłość, tak jak w przyszłość każdego spotkanego tu dziecka. Jeśli dobry Bóg pozwoli, odwiedzę Mariusa raz jeszcze, kiedy będzie starszy. Wyślę mu nasze wspólne zdjęcie. Może kiedyś to on rozpozna mnie. Mam tylko nadzieję, że Marius skorzysta z szansy, jaką daje mu obecność na misji prowadzonej przez siostry Michalitki. Mam nadzieję i ufam.

Kontrasty 

Moja Afryka to kraj kontrastów. Rośliny w rozmiarze XXL i maleńkie mut-muty, których ukąszenia bardzo dają mi się we znaki. Bogactwa naturalne, z których czerpie cały świat i bieda zwykłych ludzi, dzieci tej czerwonej ziemi. Ubóstwo i wbrew niemu ogromna radość życia (w tym momencie, tak wiele rzeczy, które posiadam, wydaje mi się zbędnych). Mnóstwo cierpienia i olbrzymia miłość.

Nie możemy pomóc wszystkim, ale ktoś tak pięknie powiedział, że ratując jedno życie, ratujemy cały świat. Może dzięki mnie, dzięki Tobie ten niezwykły afrykański świat nie zginie.
P.S.

Po kilkugodzinnym locie, w Brukseli, około godziny ósmej startujemy ponownie, by odbyć ostatni etap podróży. Samolot przebija się przez chmury i oto za szybą roztacza się widok, który niezmiennie mnie zachwyca. Tu ponad chmurami słońce świeci niezwykle intensywnie, niebo mieni się złoto – błękitnymi barwami. Chmury w dole to nieskalana kraina bieli. Cud, od którego trudno oderwać wzrok. Wreszcie odklejam twarz od szyby i rozglądam się po kabinie. W zasięgu mojego wzroku siedzi kilka osób, jedna bawi się telefonem komórkowym, pozostałe pochylają się nad swoimi laptopami…

Ja chcę do Kamerunu !!!


Pragnę gorąco podziękować ludziom, dzięki którym mój wyjazd do Kamerunu w ogóle był możliwy. Misjonarzom i Misjonarkom, którzy cierpliwie znosili moją obecność na kameruńskiej ziemi. Konradowi i Ali, niezwykle życzliwym, których miałam szczęście poznać   i towarzyszyć Im w podróży, Koleżankom i Kolegom z pracy, którzy dzielnie mnie zastąpili, Przyjaciołom w Polsce i Kamerunie, którzy otaczali mnie myślą i modlitwą podczas mojego pielgrzymowania, Krzysiowi oraz Wszystkim spotkanym w drodze, od których więcej otrzymałam niż jestem w stanie oddać. Z serca dziękuję!