Najbardziej kolorowa szkoła w Ghanie

„Budujemy szkołę w Ghanie” i… wybudowaliśmy!

Ania Goworowska

Gdyby  ktoś, kiedyś powiedział mi – „Ania, czy wiesz, że mając 28 lat zaangażujesz się „całą sobą” w wolontariat w Fundacji i dzięki temu zorganizujesz w kilka miesięcy zbiórkę pieniędzy, pojedziesz sama do Afryki, zamieszkasz w wiosce bez cywilizacji, dzięki wsparciu wspaniałych ludzi wybudujesz tam szkołę, włączysz światło w klasach, pomimo, że osada była całkowicie bez dostępu do elektryczności oraz wybudujesz w pobliżu studnię, ponieważ najbliższe ujęcie wody znajduje się w odległości 2 kilometrów” – to nie wiem czy bym uwierzyła, ale na pewno powiedziałabym, że bardzo chciałabym to zrobić!

Cel: Budowa szkoły i wyposażenie dzieci w przybory szkolne

Start: Warszawa, 18 czerwca 2013 roku.

Czas budowy od A do Z: 16 dni!!!

Trasa: 8000km z Warszawy do Akry przez Dubaj, 400km z Akry do Tamale, by zrobić zakupy brakujących materiałów, 200km z Tamale do Gushiegu nocą, 30km do miejsca docelowego – niewielkiej wioski Bundoli.

Środki transportu: samolot, pickup zawsze załadowany po brzegi materiałami, trotro, busy, motocykl, rower, rozpadające się taxówki.


Codzienna rzeczywistość w Bundoli

Pobyt w wiosce był momentami niezwykle uciążliwy – brak wody, jedzenie bezwartościowych, ciągle tych samych „papek”, spanie z karaluchami i pająkami, życie z daleka od jakiejkolwiek cywilizacji. Nowe okoliczności wymagały ode mnie ciągłego dostosowywania się do nowych realiów życia, ale jednocześnie dostarczały fascynujących i emocjonalnych przeżyć, niosących ze sobą ogrom radości i wzruszeń. Mieszkańców intrygowały moje długie blond włosy, codzienne pisanie pamiętnika, korzystanie z łyżki, papieru toaletowego, chusteczek i picie butelkowanej wody. Wiele razy bywało tak, że to co dla mnie było codziennością (noszenie butów, okularów przeciwsłonecznych), dla nich było luksusem i abstrakcją. Mnie z kolei nieustannie dziwiło ich podejście do wychowywania dzieci, społecznie akceptowana poligamia, staranne dbanie o higienę pomimo braku dostępu do bieżącej wody, bardzo skromne chaty, ich szczery zachwyt monotonnym jedzeniem, spożywanie posiłków rękami, zabawy dzieci „bez zabawek”, a przy tym ich niezwykła pracowitość, skromność, pomocność, skłonność do niesienia pomocy, uczciwość  oraz ogromny szacunek dla rodziny.

Dzięki temu, że zatrzymałam się w wiosce, żyłam w takich samych warunkach jak mieszkańcy i spędzałam z nimi każdą chwilę – spożywałam posiłki przez nich przygotowywane, pracowałam na budowie, chodziłam wspólnie ze wszystkimi po wodę do oddalonego o kilka kilometrów źródła, bawiłam się i uczyłam dzieci, kąpałam w wiadrze, a nocą żyłam w takiej samej ciemności jak oni – mogę powiedzieć, że trafiłam do świata ich codziennych problemów i radości! Pozwoliło mi to zaobserwować oraz doświadczyć wiele rzeczy, których nie byłabym w stanie zrozumieć jeżeli nie zostałabym tam tak długo. Zauważyłam też, jak z dnia na dzień otwiera się przede mną cała wioska. A ja… nie podchodziłam już do dzieci jak do „gromadki”, ale znałam ich imiona, wiedziałam, które chodzą do szkoły, a którym nie został udostępniony ten przywilej, co lubią i gdzie mieszkają. Już w pierwszych dniach pobytu w Bundoli utwierdziłam się w przekonaniu, że mieszkańcy zasługiwali na tę pomoc!

„Ręczny” plac budowy w Bundoli

Gdy udało się w końcu zebrać wszystkie materiały ruszyliśmy z budową! Zaczęliśmy od wyznaczenia z wodzem wioski najlepszego miejsca i przygotowania profilu szkoły. Następnie były zalewane fundamenty wyrabianym ręcznie cementem, mieszanym z piaskiem i wodą. Kolejnym etapem było zrobienie a’la pustaków ze specjalnej zaprawy wlewanej do gotowych form. W międzyczasie odbywało się również malowanie desek, noszenie na głowach wody niezbędnej do dalszej budowy oraz przygotowywanie konstrukcji dachu.

Szkoła rosła w oczach! W oczach zmieniała się również wioska. Każdego poranka gdy pojawiałam się na budowie witały mnie radosne twarze mieszkańców, którzy krzyczeli z daleka „Dasiba”*. Pytali jak się czuję i czekali jak z europejskim akcentem odpowiem „Indżambe!”**. Moja odpowiedź zawsze wywoływała salwy śmiechu, w związku z tym, że  używam ich lokalnego języka.

*Dasiba – dzień dobry, w lokalnym języku komba
**Indżambe – dobrze, w lokalnym języku komba

Fantastycznym uczuciem było widzieć jak każdego dnia zmienia się wioska, obserwować uśmiechy dzieci, widzieć zaangażowanie mieszkańców w budowę oraz zaobserwować naturalną i niczym nieskrępowaną radość. Każdego dnia doświadczałam i widziałam ich szczerą, prawdziwą wdzięczność.

„Madame, please don’t go!”

Takie słowa słyszałam od dzieci w wiosce ostatniego dnia… Nie sądziłam, że będzie mi aż tak ciężko pożegnać się z mieszkańcami. Przez 3 tygodnie moim domem była chata w Bundoli. Każdą chwilę, od otwarcia oczu aż do momentu położenia się spać, spędzałam z mieszkańcami i dziećmi…
Pożegnanie
Przemówienie wodza, tańce kobiet, a na prezent koza, calabash i specjalnie uszyte wdzianko przez wioskę :)Takie pożegnanie przygotowała mi wioska w dniu mojego wyjazdu w ramach podziękowania za to co dla nich wspólnie zrobiliśmy – Fundacja i Darczyńcy.Zakończyliśmy! :)

Wybudowaliśmy najbardziej kolorową(!) szkołę w całej Ghanie, której patronem został  Ryszard Kapuściński.

Pomimo tego, że byłam tam cały czas to czasami sama nie mogę uwierzyć, że w 16 dni powstała szkoła dla dzieciaków z Bundoli :-)))) Ściany szkoły pokrywają niezliczone cytaty, rysunki, litery oraz działania matematyczne. Na jednej z głównych ścian budynku można również znaleźć miniaturkę mapy świata dającą mieszkańcom wyobrażenie o ich miejscu w globalnej rzeczywistości, a także przeczytać motywujące i inspirujące hasła oraz teksty dziecięcych piosenek.

Poziom zmęczenia wykraczał poza skalę, ale poziom satysfakcji i radości jeszcze bardziej!

Dzięki wszystkim ludziom, którzy tak chętnie włączyli się do akcji, udało się również kupić szkolne przybory, a także włączyć światło w wiosce, która do tej pory była całkowicie pozbawiona elektryczności. Dzięki zaangażowaniu i wsparciu finansowemu darczyńców udało się diametralnie zmienić sytuację dzieci, które do tej pory uczyły się w świetle latarek i lamp naftowych.

Wkrótce zostanie również ukończona budowa studni. Dotychczas najbliższe ujęcie wody znajdowało się w odległości 2 kilometrów od wioski. Odległość ta była pokonywana pieszo, najczęściej przez dzieci, w 40 stopniowym upale, z kilkunastolitrowym zbiornikiem wody na głowie. Już niebawem mieszkańcy będą mieli dostęp do czystej wody bezpośrednio w wiosce.

Spełnienie marzenia i realizacja swoich pasji wymaga często zaangażowania, czasu, „utytłania”, zmęczenia, walki z własnymi słabościami, ale satysfakcja z ich realizacji jest bezcenna! Tym większa jest wtedy, kiedy pozostawia po sobie coś dobrego dla innych.

Chciałabym bardzo serdecznie podziękować wszystkim, którzy udzielili wsparcia w czasie całej akcji: ks. Mariuszowi Pacule SVD – gospodarzowi miejsca, Fundacji DZIECI AFRYKI za zaufanie i całą pomoc, którą od Was otrzymałam!, moim znajomym, osobom, które poznałam w trakcie prowadzenia zbiórki i firmom (szczególnie MiniLO&Aniela – sponsorowi szkoły), które wierzyły w powodzenie całego projektu „Budujemy Szkołę w Ghanie”. Osobiście, dodało mi niesamowitej energii do działania i realizacji projektu!

Dzięki!
Ania Goworowska