Pielgrzym z Polski

Pielgrzymowanie razem z afrykańską młodzieżą było bardzo interesującym doświadczeniem. Ujęli mnie wszyscy zarówno pielgrzymi jak i mieszkańcy okolicznych osad i wiosek stojących na jej szlaku.

Nasza „niebieska” grupa pielgrzymowała najkrócej, bo zaledwie dwa dni, inne grupy aż cztery lub pięć. Te moje dwa dni na szlaku to prawie 50 km w skwarze afrykańskiego słońca i kurzu, nocny atak mrówek oraz wprawiające w podziw doświadczenia pobożności Afrykańczyków. Pobożności, która objawiała się również znakami zewnętrznymi takimi jak noszenie różańców na szyi lub wiązanie ich na rękach czy głowach. Zawsze wzruszały mnie momenty, gdy przed grupą pielgrzymów pojedyncze osoby lub całe rodziny klękały, prosząc o modlitwę i błogosławieństwo księdza. Poruszające były przywitania kobiet tańczących i obsypujących pielgrzymów płatkami kwiatów lub drobnych liści.

Dla mieszkańców osiedlonych wzdłuż wyznaczonego szlaku pielgrzymka była szczególnym wyróżnieniem. Chętnie raczyli pątników wodą, bananami czy pokrzepiającą trzciną cukrową. W wielu wioskach, w których organizowano krótkie postoje na konferencje, mieszkańcy przygotowywali posiłek dla wszystkich uczestników pielgrzymki. Tych posiłków było naprawdę wiele. Wszyscy mogli spokojnie regenerować siły i najeść się do syta co jest przecież rzadkością w Afryce.

Okazało się, że w pielgrzymce młodzieży uczestniczyli wszyscy, którzy duchem czuli się młodzi. Poza młodzieżą i nielicznymi dziećmi dużą grupę stanowili ludzie w kwiecie wieku. Na szlaku wszyscy byliśmy rodziną, przyświecał nam jeden cel, doskwierał ten sam upał, dusił ten sam kurz. Można było jednak zauważyć pewną różnicę; Afrykańczycy drogę pokonywali w klapkach, Europejczycy w sandałach lub adidasach.

Podczas samego marszu młodzi radośnie śpiewali pieśni maryjne, w skupieniu rozważali tajemnice modlitwy różańcowej oraz odprawiali Drogę Krzyżową. Konferencje były głoszone w wioskowych kaplicach specjalnie udekorowanych na tą okoliczność. Kameruńscy księża z wielkim zapałem podejmowali trudne, ale bardzo ważne tematy z młodymi dotyczące ich roli w rodzinie i we współczesnym świecie. Młodzi bardzo chętnie wdawali się w rozważania, zadawali pytania, żywo dyskutowali, dawali świadectwo.

Niewiele rozumiałem z rozważań w języku francuskim. Skupiałem się raczej na osobistej modlitwie oraz intencjach, które przywiozłem z Polski, ale dotyczące Afryki. To, że nie rezygnowałem z męczącego marszu zawdzięczam wzbudzonym intencjom za Dobrodziejów, dzięki którym wspólnie z Pawłem możemy pomagać oraz za naszych podopiecznych, którzy tak bardzo nas zafascynowali. Nie mogłem się poddać.

Wspólnie z Pawłem, który prowadząc auto zabezpieczał pielgrzymkę, rozdawaliśmy słodycze napotkanym dzieciom. W zamian otrzymywaliśmy cudowny uśmiech. Zaglądaliśmy do chat, rozmawialiśmy z mieszkańcami. Obserwowaliśmy przygnębiającą ludzką biedę ale i czerpaliśmy radość ze wspólnych spotkań z tubylcami. Paweł ze zgrozą wspomina jak jadąc do pielgrzymów tuż za jego samochodem zawaliło się drzewo tarasując drogę. Można powiedzieć, że cudem nie zawaliło się na przejeżdżający samochód. Przy pomocy służby pielgrzymkowej oraz maczet sprawnie usunął przeszkodę.

Pielgrzymka była niezwykłym doświadczeniem i pięknym przeżyciem. W drodze warto było się pocić i zmieniać przyklejające do ciała koszule. Warto było wdychać wszechobecny kurz i delektować się zielenią lasów tropikalnych. Odpoczywając w cieniu palm warto było sączyć krzepiącą trzcinę cukrową a nocą uciekać przed rojem szalonych mrówek. Po całodziennym trudzie warto było doszorowywać nogi z czerwonej ziemi i dawać im wytchnienie, mocząc zbolałe stopy. Wieczorami warto było narażać ciała na bezszelestne kąsanie insektów a o świcie niewyspanym podążać do wioskowej kaplicy na spotkanie z Panem.

Tego się nie zapomina przez całe życie.