Siliminga*! Siliminga! Good morning Madame!

Tak zaczyna się mój dzień w bundolskiej rzeczywistości. Po przebudzeniu, w glinianej chacie, wyjściu z moskitiery biorę szybką kąpiel w wiadrze. Następnie śniadanie, na które jest zawsze ten sam niedobry tizet** z dodatkiem ostro przyprawionego oleju i w drogę.
* biała
** tizet – lokalna papka którą jedzą na śniadanie, obiad i kolację ;-)

O 8:00 zaczynam z dziećmi lekcje. Uczę ich piosenek, angielskich słówek i zwrotów, podstaw geografii, ale znajdujemy również czas na rysowanie, malowanie, gry i zabawy edukacyjne. Są niezwykle chętne do nauki i aż potykają się o siebie, gdy proszę by podeszły do tablicy i coś powtórzyły. Wiele z nich (dzięki WAM!) pierwszy raz w życiu miało w ręku kolorową kredkę, puzzle, pędzle i farby. To wspaniałe uczucie widzieć tą radość i zaskoczenie na ich twarzy.

Za naszymi plecami rozciąga się ogromny plac budowy. Szkoła rośnie w oczach! W niektórych momentach w budowę zaangażowanych jest około 20 osób:  Awudu – szef budowy, jego dwóch pomocników oraz mieszkańcy.

Każda rzecz, która jest potrzebna na budowie jest wykonywana ręcznie! Nie ma betoniarki, zakupionych cegieł, bieżącej wody do wykorzystania. Fundamenty wykopywane są narzędziami przypominającymi łopaty, cegły wykonywane są na miejscu ze specjalnie przygotowywanych form, cement mieszany ręcznie i przenoszony taczkami i miskami na budowę, a woda przynoszona na głowach kobiet z rzeki.

Kobiety idą po nią blisko dwa kilometry! Za jednym razem każda z nich jest w stanie przenieść nawet 50 litrów. Ja ledwo doczołgałam się z 10 litrami… W parzącym słońcu jest to ogromnie wyczerpujące.

Pierwsze chwile w Bundoli

To był ten moment, na który tak długo czekałam i do którego się przygotowywałam, ale stojąc na tej cynamonowej ziemi wszystko wydawało się zupełnie inne! Wszystko mnie zaskakiwało i cieszyło jednocześnie.

Zostałam niezwykle miło przywitana przez mieszkańców i zaprowadzona do mojego pokoju, w którym jeszcze do niedawna mieszkał Mathiev. Zostały tam jego rzeczy, koszulki i spodnie powieszone na ścianie. Mam również wielu współmieszkańców – karaluchy, pająki i skaczące robaki. Aby wyładować wszystkie rzeczy, które przywiozłam ze sobą do szkoły zaangażowanych było mnóstwo dzieciaczków, które wszystko niosły na głowach do mojej chaty. Gdy weszłam do mojej zagrody musiałam przebrnąć przez tysiące leżących na ziemi orzeszków, ominąć kury, koty, kozy. Pojawił się nawet osioł, który właśnie wychodził z jednej z chat! Pomyślałam wtedy – będzie ciekawie! :) Za mną, przede mną, po bokach wszędzie ogrom ludzi, dzieci i fruwających muszek, bo obok mojego pokoju coś się właśnie wylało. W końcu, przedzierając się przez ten cały slalom, dotarłam do mojej chaty, a wraz ze mną wódz, szef, John i kilku innych mężczyzn. Dzięki Johnowi, który jest moją prawą ręką w wiosce, mogłam się porozumiewać. Cały czas mówili jak bardzo się cieszą, że ich odwiedziłam i że chcę mieszkać razem z nimi. Przekonywali, że jeżeli tylko będę czegoś potrzebować to przygotują. Zapewniali, że moje rzeczy są bezpieczne i że będą o mnie dbać. I tak jest! Cały czas mam niezwykłą pomoc z ich strony.

Początki budowy

Budowa miała zacząć się następnego dnia po moim przyjeździe, ale… okazało się, że nie dotarł piasek i cement. Kolejnego dnia przyjechał piasek, ale cement cały czas „był w drodze”. Trzeciego dnia dotarło wszystko, ale tym razem brakowało budowniczych. Awudu przyjechał po południu. Umówiliśmy się, że zacznie prace następnego dnia „in the morning”. Ale następnego dnia „in the morning” to ja zaczęłam lekcje, a Awudu – ani widu ani słychu. Dojechał przed południem i ten potężny gość dostał ode mnie „burę”. Kolejnego dnia był nawet przed czasem :)

Mimo tego wydłużającego się początku postępy w pracy były i są niesamowite. Zaangażowanych jest bardzo wiele osób. Praca rozdzielona jest na grupy – jedni tworzą bloczki do budowy, inni kopią fundamenty, kolejni malują drewno, inni rozrabiają cement, a kobiety noszą wodę.

Mam również niezwykle dużą pomoc od polskiego Misjonarza Mariusza Pacuły SVD, który jest moim ghańskim budowniczym mentorem. Bez niego ciężko byłoby mi ogarnąć zakup wszystkich słupów, cementu, piachu, blachy i skompletować dobrą załogę do pracy.

Obecnie zaczynamy już przygotowywać konstrukcję dachu. Wszystko wskazuje na to, że jeszcze będę miała szansę, by pomalować szkolę. Dziś wybieram się po zakup farby. Koncepcję już mam :) Nie będzie to normalnie pomalowana szkoła – tego możecie być pewni!

Po dwóch tygodniach pobytu

Kiedy leciałam do Ghany wydawało mi się, że już dużo wiem o miejscu, w którym będę mieszkać, o ludziach, z którymi będę przebywać, o tym co i w jaki sposób chcę zrobić w Bundoli. Uczyłam się gier, zabaw, układów, tworzenia piesków z balonów i origami by było ciekawie i różnorodnie. Jednak, gdy tylko postawiłam nogę w wiosce to przekonałam się, że nie da się przygotować do takiej wyprawy „w swoim europejskim domu”. Ten świat jest dla nas kompletnie abstrakcyjny, często niezrozumiały i zaskakujący. Tak wiele rzeczy, które z perspektywy bycia w Polsce wydawały mi się ważne do zrobienia są niedostosowane do tutejszych realiów. Widzę też jak wiele nowych potrzeb rodzi się każdego dnia i jak modyfikuję swoje wcześniejsze pomysły. Dopiero wkraczając w te realia życia, kładąc się spać i budząc w chacie, jedząc posiłki ze wszystkimi, rozmawiając o rzeczach trudnych, chodząc na farmę, pisząc pamiętnik przy latarce, kąpiąc się w wiadrze, przebywając i wykonując codzienne obowiązki jestem w stanie wiele rzeczy zrozumieć i nie klasyfikować tego co czasem robią jako dobre lub złe, ale jako inne. Inne, bo dostosowane do tutejszych realiów życia, które jeszcze długo się nie zmienią lub może nawet nigdy bez podania im ręki.

Szkoła to była dobra decyzja!

Edukacja jest jednym z tych elementów, który jest tu niezbędny. Prawie wszyscy mówią w lokalnym języku – kombo. Młodsi znają niektóre podstawowe zwroty swojego urzędowego języka czyli angielskiego. Potrzebne jest dużo pracy, motywacji i energii, ale się da! Osobiście utwierdzam się w tym przekonaniu każdego dnia.

Minęły ponad dwa tygodnie od czasu, kiedy jestem w Bundoli. Przez ten czas wiele się już zmieniło. Nie tylko to, że powstaje nowy budynek, ale również to na czym zależało mi najbardziej i dlatego chciałam zamieszkać w wiosce – zmienia się nastawienie do szkoły, edukacji i nauki zarówno dzieci jak i ich rodziców!

Dziękuję Wam bardzo za wsparcie, zaangażowanie i wpłaty!

Niestety nie da się przekazać wszystkich moich emocji, które mi towarzyszą, sytuacji, które się wydarzyły oraz wdzięczności dzieci i mieszkańców.

Gdy wrócę postaram się dać Wam choćby namiastkę tego co tu doświadczyłam. Cieszę się, że tu jestem, bo mogę to wszystko poczuć i zobaczyć jak wiele im wspólnie pomagamy. Obecnie niestety brak prądu ogranicza moje możliwości pisania. Mam na szczęście niezawodny notes i długopis dzięki czemu mogę przelewać swoje codzienne wrażenia.