Tutaj macie wszystko, ale to nie mój świat

alex1aJak wygląda życie w Polsce oczami Masaja Alexa, który przybył do nas z kilkudniową wizytą? I czego tak naprawdę nam zazdrości?

Ciemna gliniana chata wielkości 2×5 m z nieszczelnym dachem. Wpadający do środka deszcz zamienia klepisko w breję. Na ziemi leży kilkuletnie dziecko z 40-stopniową gorączką. Już na oko widać, że jest niedożywione. Obok głowy ma zardzewiały rower, w nogach chodzi kura. – Szczęka zaczyna ci latać, ale rozpłaczesz się? I co to da? – opowiada, co zastała po przyjeździe do położonej z dala od turystycznych szlaków masajskiej wioski Iwona Kreczmańska z Warszawy. – Niby wiedziałam – biedna Afryka, dzieci ze wzdętym brzuchem i muchami na twarzy, umierający z głodu ludzie. Każdy ma ten obraz w głowie. Ale jak zobaczysz na własne oczy, to trudno udawać, że się zapomniało – dodaje. W miasteczku, nieopodal wioski, do Roberta, męża Iwony, podchodzi nieznajomy mężczyzna. Wskazał kolano: „Widzisz, tu mnie boli. Co mam robić?” – patrzy pytająco. – On myślał, że ja wiem lepiej, bo jestem biały. I jak takiemu pomóc? – zastanawia się Robert.

Po powrocie zaczynają od paczek. W nich zabawki lecące do masajskich dzieci w buszu. Szybko okazuje się, że to chybiony pomysł – pluszaki błyskawicznie robią się brudne i pełne zarazków, piłki wytrzymują zaledwie dwa dni, bo pękają na kolczastej akacji, z której budowane są zagrody dla bydła. – A skąd niby mieliśmy wiedzieć?! Przecież my nigdy wcześniej nie pomagaliśmy – mówi Robert.

Później była szkoła. – Chcieliśmy zrobić coś specjalnego dla dzieci. Szkoła – szczytny cel, szybko zbierzemy kasę – myśleli naiwnie. Iwona, by móc prowadzić zbiórkę, otwiera stowarzyszenie: To Help Africa i zachęca do wpłat znajomych. Jej łącznikiem z wioską i lokalnymi budowlańcami zostaje miejscowy Masaj – Alex, którego poznali na Zanzibarze. Kosztorys szkoły obejmuje 20 tys. zł i dotyczy wyłącznie stanu surowego. Ale o tym Iwona nie wie, więc gdy przychodzi do płacenia za okna, ławki i szambo warte 6 tys. zł – nie wiadomo, skąd brać pieniądze. Wykłada własne. Po czterech miesiącach wraz z mężem wsiadają do samolotu, by uroczyście otworzyć szkołę w tanzańskim buszu.

Kolejny lot do Dar es Salaam, byłej stolicy Tanzanii, wykupują przy okazji odwiertu studni, który zorganizowali w wiosce. Pomaganie idzie coraz sprawniej. Do masajskiej wioski Kolanga trafia 10 żywych kurczaków, komputer, szczepionki na tężec i regularna pomoc dla 12 dzieci warta 100 zł miesięcznie, zwana adopcją serca.

Niedługo potem w Częstochowie Fundacja Dzieci Afryki organizuje coroczne spotkanie, na którym wolontariusze i misjonarze dzielą się doświadczeniem pomocy afrykańskim społecznościom i omawiają zrealizowane projekty. – A może zaprosić Alexa – Masaja z tanzańskiej wioski Kolanga zaangażowanego w działania fundacji ? Niech przyjedzie i sam się wypowie.

alex2Już od pierwszego dnia grafik jest napięty – Alex przyjeżdża do Polski na miesiąc. Uczestniczy w częstochowskiej konferencji i odwiedza szkoły, w których przybliża uczniom warunki życia w Afryce. Polscy gospodarze nie pozostają dłużni, chcą mu pokazać, jak żyje się w Europie. Zaczynają od Wieliczki, gdzie schodzą z Alexem 140 m pod ziemię, w Tatrach wspinają się razem na Gubałówkę, w Energylandii siadają na rollercoaster. Pokazują pociąg, nowoczesną fabrykę i luksusowy apartamentowiec. Uczą, jak działa smartfon i komputer, biorą do zoo i na stare miasto. Jednak europejskie „wynalazki” wzbudzają mieszane uczucia. – Na Mazurach pływaliśmy na luksusowej motorówce, więc pytam Alexa: Podobało ci się? „Tak”. I koniec. A łódka była naprawdę fest – wspomina Robert, miłośnik żeglowania. Podobnie z jazdą samochodem. – Znajomy przewiózł go sportowym modelem Porsche. Po wyjściu z auta zamiast spodziewanego zachwytu komentarz: „To chyba nie jest bezpieczne”. – Najbardziej podobały mu się Tatry.

Któregoś dnia jadą razem do dużego centrum ze sprzętem AGD. Wchodzą, a tam okrągły samojezdny odkurzacz. Alex patrzy z zainteresowaniem. – A może chciałbyś coś zabrać stąd do domu? – pyta Robert. Afrykańczyk rozgląda się po półkach i długo szuka odpowiedzi. – Nie mamy prądu, więc co miałbym wziąć – lodówkę? Jest zbyt ciężka. Maszynę do koszenia trawy? Przecież do tego można użyć noża – mówi, patrząc na otaczające go miksery, laptopy i plazmy. W jego świecie wszystko to jest bezużyteczne. – Najbardziej chciałbym zabrać od was pracę – mówi  – Zamiast tych sprzętów wolałbym mieć więcej krów – dodaje.

Alex, a tak naprawdę Sheng’ena Oleshao, wojownik z półkoczowniczego plemienia Masajów, idzie ulicą Mikołajek. Buty z opon bezszelestnie suną po mazurskim bruku. Nagle ciszę przerywa ujadanie psa. Pudel z lokami spiętymi kokardką wystawia głowę z balkonu i szczeka. – Patrz, pies bez pracy! – śmieje się zadziwiony Alex. W jego wiosce zwierzęta mają jasno określoną rolę – krowy i kozy dają mleko, psy pilnują bydła.

Innym razem Masaj nie może powstrzymać uśmiechu, gdy mąż Iwony wręcza mu smycz, na której kundel Pinio zadowolony ze spaceru, radośnie wywija ogonem. – I mam tak z nim chodzić? Zwierzę na smyczy – przecież to bez sensu – mówi rozbawiony. W zoo z kolei nie kryje oburzenia. – Dlaczego tak więzicie zwierzęta? Ten nosorożec jest chory i nikt mu nie pomaga. Spójrz na jego zgrubienia na skórze.

Alex co kilka dni dzwoni do sióstr, by spytać, co słychać w wiosce, jak się mają ludzie i krowy. – W domu też mam telefon, przypada jeden na rodzinę i nie ma takiego ekranu, tylko duże przyciski – wyjaśnia. W Polsce używa smartfona, który dostał od Iwony i Roberta. W wolnej chwili często do niego zagląda. Ostatnim odkryciem Alexa jest przeglądarka Google i YouTube. Nigdy nie słyszał o celebrytach czy youtuberach, więc wyszukuje to, co znajome – masajską muzykę i tańce. Właśnie dowiedział się, kim był Bob Marley. Wyguglał też, co oznacza jego imię. – O, po chińsku sheng oznacza zwycięstwo, w moim języku to: „jasny umysł”.

Obserwując młodzież w polskich szkołach, Alex zauważa, że jest inna niż ta w Afryce. – Widać, że troszczycie się o dzieci – budujecie im blisko szkoły, każecie się myć. Mają lepszy start – mówi. On sam jako dziecko, zamiast stawiać pierwsze litery, musiał wypasać bydło. Alfabetu nauczył się od kuzynów, którzy do szkoły wędrowali dwie godziny. Podstawy angielskiego podłapał od turystów na Zanzibarze. – Wśród pobliskich Masajów jestem jedyny, który pisze, czyta, do tego zna angielski – mówi z dumą. – Ale brak edukacji do mnie wraca. Mógłbym być ochroniarzem w hotelu czy w sklepie, tylko tam wymagają świadectw. I źle płacą. Dostajesz 40 euro miesięcznie, a to za mało na potrzeby wioski.

Warszawę od Częstochowy dzieli 220 km. Alex patrzy z podziwem na płaską taflę asfaltu. – U nas ta podróż zajęłaby osiem godzin. Poza tym, gdy ktoś cię wita, zatrzymujesz się i zaczynasz rozmawiać. Tutaj ludzie się mijają – zauważa, obserwując przechodniów. – Spieszą się i wyglądają, jakby wcale nie byli leniwi. U mnie w okolicy większość ludzi nie pracuje. Może dlatego, że nie mają gdzie? – zastanawia się na głos.

Wyglądając przez okno, Alex z ciekawością zerka na obejmujące się pary. W jego kulturze uczuć się nie pokazuje. Związki też wyglądają inaczej: mając 15 krów, nadajesz się na zięcia i możesz się ożenić. Rodzice wybierają ci pierwszą małżonkę, kolejne dobierasz sam. – Bywa, że wracasz do domu i w wejściu widzisz wbitą dzidę. To znak, żeby nie wchodzić, bo w środku inny wojownik przebywa z twoją żoną.

– I nie denerwuje cię to?
– Nie, przecież są inne kobiety – wzrusza ramionami.

alex7Podczas urodzin Alexa, dom Kreczmańskich pęka w szwach. Wielu z zaproszonych to członkowie Fundacji Dzieci Afryki, która za pośrednictwem Iwony, wspiera masajską wioskę Kolanga. Goście śpiewają sto lat, a na stół wjeżdżają dwa bezowe torty. Na nich 28 świeczek. – Alex nigdy nie obchodził urodzin, więc chcieliśmy mu zrobić niespodziankę – wyjaśnia Robert. – Traktujemy go trochę jak dziecko, któremu chcemy pokazać świat – wtrąca Iwona. Ale lepiej nie mówić tego na głos, Alex mógłby się obruszyć. – Przecież to masajski muran – wojownik, który, by nim się stać, musiał upolować leoparda.

Pogromca leoparda dostaje upominki. Jeden z gości daje mu 100 euro, czyli pół tanzańskiej krowy, inni też nie szczędzą datków. – Uzbierał na wymarzony motocykl wart 3 tys. zł – zdradza Iwona. – Do tej pory, gdy chciał kupić żywność dla społeczności, musiał dzwonić po kierowcę i płacić. Do najbliższego miasteczka jest zbyt daleko, by iść pieszo – wyjaśnia.

– Alex, może ty byś został z nami w Polsce? Solenizant uśmiecha się i kręci głową: – Tutaj macie wszystko, ale to nie mój świat. Nie mógłbym opuścić wioski i rodziny. Chyba że tymczasowo, za pracą.
– A jeśli udałoby ci się sprowadzić rodzinę?
– Jak? Na pontonie? – pyta.  – Sprowadziłbym siostry, a na miejscu zostałby brat, kuzyni i krowy – mam ich zostawić? Ja tu jestem tylko na chwilę – wyjaśnia i opowiada o znajomych, którzy w poszukiwaniu pracy zjeździli Egipt, Kongo i Kenię. – Zarabiali, wysyłali pieniądze do domu, ale nie czuli się u siebie. Tak jak ja na Zanzibarze. Wrócili, a tam znów ta sama bieda. Dlatego zamiast podróżować, wolałbym mieć dobrą pracę na miejscu.

Wieczorem Robert siedzi z masajskim jubilatem w ogrodzie. Patrzą w niebo.
alex4– Dlaczego ludzie latają w kosmos? – pyta nagle Alex.
– Są ciekawi, co tam jest. Chcą sprawdzić, czy gdzieś indziej jest życie – mówi Robert.
– Szaleństwo. Przecież tutaj jest życie.
– A ty jak patrzysz w niebo, to co myślisz?
– Że gwiazdy są daleko i że są puste. Może gdzieś tam jest życie, ale to dla mnie nieważne.
– A słyszałeś o Marsie? Innej planecie, na którą ludzie chcą lecieć.
– Po co?
– Zobaczyć, jak wygląda i sprawdzić, czy jest woda. Może w przyszłości życie na Ziemi się skończy i dzięki podróżom na inne planety przetrwamy, a ludzie nie wymrą.
– Szukacie wody na innych planetach, a na Ziemi w wielu miejscach jej nie ma. W Afryce z powodu suszy głoduje i umiera tyle ludzi. I statki do nas nie latają. Dlaczego? – pyta Alex.

Robert wzrusza ramionami: – I co mu miałem odpowiedzieć?

Dorota Saluse6dafbf3-9b09-4b76-b947-b7b25e3b6392_280x
przedruk z tygodnika „Polityka”
„Co Masaj zobaczył w Polsce”
nr 35 z 28.08.2018 r.