Wieści z Cheshire Home

Upały poszły w zapomnienie, rano i wieczorem jest już zimno, tak, że w krótkim rękawie siedzieć na dworze się nie da. Mieszkanie w ciągu dnia się nie nagrzewa, więc właściwie nieistotne, czy siedzę na dworze czy w domu, bluza jest w użyciu. Dobrze jednak, że pogoda nie płata nam takich figli, jak w Polsce – raz 10 stopni, raz 25 stopni – oszaleć można. Tutaj jest stabilnie i przyjemnie.

Cheshire Home odżyło po wakacjach – dzieci wróciły, znowu jest głośno, gwarno, wesoło.

Wróciły w dobrych nastrojach, chciałoby się powiedzieć, że również z werwą do dalszej i cięższej nauki, ale każdy z nas był dzieckiem – kto po wakacjach myślał o ciężkiej pracy w szkole?

Ponieważ dzieci wróciły, ja także wróciłam do swoich obowiązków, czyli prowadzenia fizjoterapii.

Przedpołudnia nigdy nie mam zaplanowanego – wszystko zależy od aktualnych potrzeb, ale staram się jak najwięcej pomagać Jesse, która pod nieobecność siostry Lucy przejęła dowodzenie w Cheshire Home. Mając na głowie jeszcze dwójkę małych dzieci, jest jej na pewno trudno pogodzić wszystkie obowiązki, więc ile mogę, tyle pomagam. Wczoraj np. podrzuciła mnie do miasta i od razu wróciła do Cheshire, a ja poszłam do banku porobić wpłaty, które musiały być zrobione do końca miesiąca. Potem trochę pozwiedzałam Katima Mulilo (poszłam też na craft market – można się pochorować – tyle różnego, pięknego rękodzieła) i wróciłam do Cheshire Home na własna rękę.

Po południu, po obiedzie, dzieci przychodzą na fizjo.

Pierwsze spotkania po wakacjach prowadziłam jeden na jeden, aby sprawdzić kondycje dzieci po miesięcznej przerwie. Nie było tak źle. Teraz już zapraszam po kilka dzieci na raz, żeby każde z nich miało zajęcia 2-3 razy w tygodniu. To ważne, jeśli chce się cokolwiek osiągnąć, albo przynajmniej utrzymać aktualny stan, jeśli poprawa jest niemożliwa do osiągnięcia (np. w przypadkach dystrofii mięśniowej).

Byłoby cudownie, gdyby razem z Jesse mógł tu pracować drugi fizjoterapeuta na stałe. Na szczęście pod koniec roku przyjeżdża siostra, która jest fizjoterapeutą, więc być może uda się zorganizować pracę tak, aby dzieci, którym jest to potrzebne, miały zajęcia codziennie. Wtedy jest większa szansa na osiągnięcie znaczących postępów.

Dwa dni temu była u nas krajowa telewizja – NBC

Met-health – firma działająca na rynku ubezpieczeń medycznych, podarowała dwóm naszym chłopcom nowe wózki inwalidzkie, a NBC przyjechało to nakręcić. Podobno relacja miała się ukazać w wieczornych wiadomościach – nie wiem, nie widziałam, ale kto wie… może byłam w TV

Chłopcy dostali nowe wózki, wygodne, mocne.

Śmiać mi się chciało z Cleric`a. Przed tym ważnym dla niego dniem był bardzo podekscytowany! Na pytanie Jesse, czy coś powie do kamery, powiedział, że oczywiście podziękuje i wspomni, że jego koledzy z Cheshire Home również potrzebują nowe wózki. Słusznie, pomysł świetny, może jakaś inna firma zechce zakupić kolejny wózek dla kolejnego dziecka.

Kiedy przyszło co do czego i w jadalni odbywała się cała heca z kamerą itp., Jesse pyta Clerica
– Cleric, chcesz coś powiedzieć?
Na co chłopiec ledwo słyszalnym szeptem odpowiedział:
– Nie
I tyle było wypowiedzi Clerica

Jakiś czas temu otrzymałam paczkę. Były w niej m.in dwa komplety klocków do nauki czytania i pisania, podarowane nam przez firmę Glottispol. Kiedy dzieci wchodzą do sali, a klocki leża na wierzchu, od razu zwracają ich uwagę. Bardzo lubią się nimi bawić. Oprócz tego, że ćwiczą znajomość liter, przydają się też do ćwiczeń małej motoryki. Dla dzieci z mózgowym porażeniem, które maja atetozę, czyli nieskoordynowane ruchy kończyn, świetnie się nadają do ćwiczenia ruchów celowych. Wyszukiwanie wszystkich literek A albo R i budowanie z nich wieży albo płotku zawsze wywołuje uśmiech na ich twarzach. Czasami też daję im kilka rożnych klocków i proszę o stworzenie z nich jakiegoś wyrazu – dobre ćwiczenie na kreatywność.

W tym miejscu chciałabym bardzo podziękować firmie Glottispol za ten dar. Nauka przez zabawę jest najlepszą formą przyswajania wiedzy, a dzięki tym klockom jest to dużo łatwiejsze!

Niedawno minął półmetek mojego pobytu w Namibii.

Dobrze mi tu. Afryka, choć czasami przeraża i zasmuca, jest miejscem, w którym życie płynie inaczej, wolniej, jakby lepiej. Oczywiście nie dla wszystkich, ale w moim odczuciu, tak właśnie jest.

Przeraża skala przemocy wobec kobiet, zasmuca widok dzieci, które są głodne, nie mają w co się ubrać, nie mają bliskich, albo ich bliscy wcale nie są tacy bliscy i nie chcą się nimi zajmować, więc trafiają pod opiekę obcych ludzi. Niektóre trafiają do sierocińców, prowadzonych np. przez misje.

Jeden z takich sierocińców prowadzi ksiądz Andrzej Cieszkowski. Sierociniec znajduje się na terenie misji, którą ksiądz prowadzi od kilku lat. Misja położona jest w Andarze, nad rzeką Okavango, ok. 300 km na zachód od Katima Mulilo.

Ksiądz Andrzej robi wszystko, żeby zapewnić tym dzieciom żywność, dach nad głową, edukację, opiekę. Nie otrzymuje żadnego konkretnego wsparcia od rządu, czasem jacyś ludzie wielkiego serca wspomogą sierociniec, czasem Cheshire Home podzieli się tym co ma. Mam nadzieję, że niedługo uda się zainicjować jakąś długofalową pomoc dla sierocińca.

Małgorzata Kałun