Zaproszenie na wakacje do Afryki

gosia4

Od spotkania z Małgorzatą Kiedrowską, misjonarką i jednocześnie dyrektorem Szkoły Podstawowej w Mann w Republice Środkowoafrykańskiej, minęło kilka miesięcy. Nasz zespół wciąż wspomina owe spotkanie i czerpie z niego zapał na dalsze działanie, ponieważ Gosia bez wątpienia jest właśnie tą osobą, z której powinniśmy brać przykład - zapewnia Paulina Gierak – wolontariuszka Dzieci Afryki. Ja osobiście jestem jej ogromnie wdzięczna, że poświęciła czas, żeby odpowiedzieć na kilka moich pytań…

Jak to się stało, że znalazłaś się na Czarnym Lądzie i rozpoczęłaś działalność misjonarską?

Jako dziecko miałam bardzo wiele różnych pomysłów. Jedne miały rangę zachcianek, inne wielkich marzeń. Jedne się spełniły, inne przedawniły, jeszcze inne wygasły. Między nimi było marzenie, żeby wyjechać do Afryki i być misjonarką. I chyba tylko to jedno pragnienie skrywałam tak głęboko w sercu, bo jego spełnienie graniczyło dla mnie z cudem. Po ukończeniu studiów na kierunku Resocjalizacja Społecznie Nieprzystosowanych, pracowałam w Młodzieżowym Ośrodku Socjoterapii „Dom Matki Dobrego Pasterza”, który na tamten czas stał się dla mnie prawdziwym domem. Placówka ta prowadzona jest przez Siostry Pasterzanki, które również posługują w Republice Środkowej Afryki. Gdy jedna z Sióstr, Marysia, przyjechała na urlop do Polski, zaprosiłyśmy ją do naszej grupy, żeby opowiedziała wychowankom, o życiu afrykańskiej młodzieży. Zaprzyjaźniłyśmy się. Zwierzyłam się Marysi z mojego pragnienia wyjazdu na misje. Niedługo przed wakacjami, zadzwonił telefon i mimo, iż jakość połączenia była nie najlepsza, był to najwspanialszy telefon jaki otrzymałam. Zaproszenie na wakacje do Afryki. I Pan Bóg tak pokierował, że te wakacje trwają już szósty rok.

Jakie były Twoje wrażenie i odczucia kiedy po raz pierwszy znalazłaś się w Afryce i stanęłaś przed ogromnym wyzwaniem jakim jest pomaganie?

dscf0011Gdy tylko wysiadłam z samolotu, poczułam zapach Afryki. Afryka pachnie słońcem, ziemią, nawet deszcz ma swój zapach. Przejeżdżasz przez wioski czujesz zapach ogniska, suszonego manioku. Jedziesz lasem czujesz zapach wilgoci, roślin. Dla mnie te wszystkie zapachy do dziś dnia są fascynujące.  I zaczęłam poznawać ludzi, tych dla których tutaj jestem, z którymi miałam dzielić moją nową codzienność, radości i troski, którym miałam pomagać. W wielu sytuacjach, zwłaszcza na początku to ja potrzebowałam pomocy od nich. Pomocy, bo nie rozumiałam słów, które do mnie ktoś mówił. Potrzebowałam patrzeć na nich, by nauczyć się jak należy przywitać kogoś, jak się je niektóre potrawy. I ten czas wzajemnej pomocy i ubogacania trwa. Zaczęłam poznawać konkretnych ludzi. Po raz pierwszy poczułam się w Afryce jak w domu, jak u siebie, gdy znałam już większość imion ludzi z wioski. Gdy mogłam zawołać przechodzące obok misji dziecko po imieniu, gdy mogłam przekazać pozdrowienia żonie katechisty, która akurat szła w pole, gdy wiedziałam jak na imię ma szef chóru. Dla Afrykańczyków imię jest bardzo ważne i wielką radością dla nich jest to, gdy ktoś zna ich po imieniu. A wraz z ludźmi zaczęłam poznawać ich historie, potrzeby, radości i smutki. Powoli stawały się one również moimi. I na każdej misji i w każdym z obowiązków człowiek spotyka się z innymi problemami, potrzebami i z innymi rozwiązaniami, żeby je zaspokoić. Ale przez te 6 lat nie było ani jednej sytuacji, w której Bóg w swej dobroci, nie podesłałby człowieka z otwartym sercem, gotowym pomóc.

Czy ciężko było Ci się przyzwyczaić do lokalnych warunków?

Mimo iż właściwie wszystko wokoło było nowe, nie miałam trudności z zaaklimatyzowaniem się. Wręcz przeciwnie wszystko mnie cieszyło, było fascynującym odkrywaniem czegoś co nowe. Po części było takim wtórnym przeżywaniem dzieciństwa, a właściwie Dziecięctwa Bożego. Uczyłam się wypowiadać pierwsze słowa w języku sango, uczyłam się jak stawiać kroki na buszowej drodze, jak jeść maniok z gundzią, jak jeździć drogą węższą od samochodu. I nie było we mnie lęku, tylko radość poznawania.

Jak odnosiło i odnosi się obecnie do Ciebie lokalne społeczeństwo? Czy nastąpiła jakaś zmiana między początkiem a tym jak jest obecnie?

gosia1Dość często zmieniałam placówki, taka była potrzeba. I wszędzie doznawałam ludzkiej życzliwości, choć były i sytuacje, które początkowo nie wyglądały różowo. Niektóre afrykańskie plemiona, nie wyobrażają sobie, jak kobieta, w dodatku młoda, może piastować jakieś zacne, odpowiedzialne stanowisko. I jednego razu, gdy dziadek przyszedł do szkoły zapłacić czesne za swoje wnuki i wchodząc do gabinetu dyrektora zobaczył mnie, obrócił się na pięcie mówiąc:”masika wali tonga so”; taka młoda dziewczyna… i już chciał wychodzić nie uiszczając opłaty, ale wystarczyło, że jeden z moich nauczycieli odpowiedział: – Tak młoda, dziewczyna, ale całą wojnę z nami została. Dziadek wrócił i zapłacił co do franka. W przeważającej większości jest w tutejszych ludziach ogromna wdzięczność za to, że jesteśmy z nimi. W wiosce, w której obecnie posługuję, ludzie mówią moim nauczycielom, albo kierowcy, który wozi mnie motorem, żeby mi przekazali, że cieszą się, że z nimi jestem. Mimo, że nie mówię jeszcze w ich języku. Tutejsi ludzie, wiedzą, że mogą nam zaufać. Z każdą przeżytą wspólnie sytuacją stajemy się sobie bliżsi, ale tak przecież jest na całym świecie.

Co Twoim zdaniem decyduje o sytuacji, nie tylko w Republice Środkowoafrykańskiej ale ogólnie, w Afryce? Czy są to sytuacje bez wyjścia czy istnieje jakieś rozwiązanie?

Myślę, że dla człowieka wierzącego nie ma sytuacji bez wyjścia. Moja przyjaciółka powtarza mi często, że to co dostajemy jest dla nas darem i to czego nie mamy, też może być dla nas darem. Jest wiele sytuacji bardzo trudnych, a stają się one sytuacjami bez wyjścia wówczas, gdy człowiek traci nadzieję i załamuje ręce. Afryka to kontynent cudów. Wiele razy byłam w sytuacji, o której można by było powiedzieć „sytuacja bez wyjścia” i po ludzku rzeczywiście, wszystkie pomysły i rozwiązania się wyczerpały i wtedy wkraczał Bóg, dla którego nie ma nic niemożliwego. Każda sytuacja może kogoś czegoś nauczyć i może zrodzić jakieś dobro. Nie koniecznie tam gdzie zaistniała, ale może setki kilometrów dalej. Bo czyż nie jest tak, gdy słysząc opowiadania o sytuacji w Afryce ludzie z życzliwością i hojnością dzielą się tym co mają.

część 2

gosia3

dla Gosi „Wakacje w Afryce” trwają już szósty rok