Zostawiłam serce w Afryce

uga8Nie był to mój pierwszy wyjazd do Afryki… ale na pewno pierwszy TAKI! – Gosia Kałun relacjonuje wyprawę misjonerską do Ugandy w listopadzie 2016 r.

Do tej pory jeździłam sama i ze względu na bezpieczeństwo jak i na charakter moich wyjazdów, na wiele rzeczy nie mogłam sobie pozwolić. Tym razem pojechałam z Teresą Stachowicz i Robertem Nogą.  Tym razem było zupełnie inaczej…

Do Ugandy polecieliśmy w konkretnym celu – zwizytować budowaną przez fundację szkołę w Kiruddu oraz zorganizować obchody Dnia Niepodległości na polskim cmentarzu na półwyspie Koja.

uga1Przyjął nas i zaopiekował się nami polski misjonarz, franciszkanin Bogusław Dąbrowski, przez niektórych (czyt. przez nas) nazywany Padre Pershing – tempo w jakim działał i do jakiego trzeba było się dostosować, zadawało kłam ogólnej prawdzie, że w Afryce wszyscy zawsze mają czas na wszystko. Mimo to, kiedy przyszło nam spędzić bez niego kilka dni, szczerze zatęskniliśmy za jego opowieściami, niezwykłą energią i tą bezinteresowną troską jaką nas otoczył.

Po spędzonym na misji w Kakooge weekendzie ruszyliśmy w drogę  na półwysep Koja. Gdy dojeżdżaliśmy do celu, Robert zauważył zachodzące zmiany – Uganda się rozwija, położono kilkadziesiąt kilometrów drogi asfaltowej, poprowadzono prąd, ale Kiruddu nadal pozostaje bez dostępu do niego. Dla nas ma to pewien urok – okolica zachowuje jeszcze swój charakter i żadne sztuczne światło nie zakłóca piękna afrykańskiej pełni księżyca. Jednak dla lokalnej społeczności brak prądu to duży problem, a niewielu stać na solar.

uga5Pierwszym przystankiem była nasza szkoła . Tego dnia zajrzeliśmy tam tylko na chwilę, aby zobaczyć ją na własne oczy. Przywitał nas dyrektor Faustine Otime, który jest jednocześnie jednym z pięciu nauczycieli. Razem z nim obejrzeliśmy budynek oraz przywitaliśmy się z dziećmi i nauczycielami. Boguś zostawił nas w sąsiedniej wiosce Mpunge, gdzie mieliśmy spędzić w sumie kilka dni, sam zaś wrócił do Kakooge. Resztę dnia poświęciliśmy na spotkania z najważniejszymi osobami w wiosce. Chcieliśmy się przedstawić i zaprosić na piątkową uroczystość, na polskim cmentarzu. Odwiedziliśmy więc szefa wioski, komendanta miejscowej policji oraz ośrodek zdrowia, którego część budowana jest ze środków MSZ Polska Pomoc. Sam cmentarz też odwiedziliśmy. Zrobił wrażenie…

uga7Idąc czerwoną ścieżką, rozmawiając z towarzyszącymi nam osobami i podziwiając ukazujące się, co chwila po lewej stronie, Jezioro Wiktorii, nagle po prawej, na otwartej przestrzeni, pod wzgórzem ukazuje się biało-czerwone ogrodzenie, wewnątrz 96 białych krzyży i jeden duży biało-czerwony, pod którym na tablicy widnieje 96 polskich nazwisk – pochowanych tu naszych rodaków. Spędziliśmy tam kilka chwil. W skupieniu i modlitwie patrzyliśmy na polskie nazwiska tych, którzy na zawsze pozostaną w tym pięknym miejscu.

Udało nam się też zaangażować miejscowych do posprzątania cmentarza przed uroczystością w Dniu Święta Niepodległości, gdyż zastaliśmy rozsypaną zeschłą trawę, chwasty wyrastające spomiędzy płyt ścieżki i porozrzucane pozostałości po niedawnym odnowieniu tego miejsca. Bałagan odbierał cmentarzowi wiele uroku.

Nie byliśmy pewni co zastaniemy wracając tu 11 listopada – bo taki właśnie mieliśmy plan. Następnego dnia (wtorek) wracaliśmy do Kakooge, by w piątek ponownie tu przyjechać i zostać do środy.

Po powrocie na misję i dwóch dniach przeznaczonych na poznawanie piękna Ugandy, wróciliśmy do Mpunge. To był dla nas ważny dzień. Nie tylko ze względu na święto narodowe. Tego dnia miało się okazać, czy traktują nas tu poważnie – kto z zaproszonych gości przyjdzie, kto odpowie na zaproszenie. Przecież my chcemy tu zaistnieć jako fundacja. Chcemy tu stworzyć coś dobrego dla tych ludzi, ale sami, bez wsparcia lokalnych władz i lokalnego społeczeństwa nie damy rady.

uga4Kiedy mijaliśmy szkołę, naszym oczom ukazał się piękny widok – czerwoną drogą biegła, wracając ze szkoły, grupa dzieci… w zielonych, fundacyjnych koszulkach! Koszulki te przekazaliśmy kilka dni wcześniej dyrektorowi, z prośbą o rozdanie ich uczniom – mieli je założyć na dzisiejsze święto. I tak też zrobili. Nigdy nie sądziłam, że widok dzieci, gdzieś w środku Afryki, biegających w naszych koszulkach może sprawić taką radość!

uga2Zgodnie z afrykańskim czasem, ceremonia na cmentarzu rozpoczęła się z opóźnieniem. Ale goście dopisali – był szef wioski, przedstawiciele ośrodka zdrowia z Mpunge, katechista, a nawet przedstawiciele dystryktu, do których dotarła wieść o uroczystościach. Byli też nauczyciele z fundacyjnej szkoły oraz mnóstwo dzieci – wszystkie w fundacyjnych koszulkach. Część z nich otrzymała biało-czerwone flagi – ich widok na tle Jeziora Wiktorii, przy polskich grobach robił wrażenie… i wzruszał.

uga3Po ceremonii trzeba było zabrać się do pracy. Korzystając z tego, że tyle ważnych osób zebrało się koło nas, zaprosiliśmy wszystkich na przygotowany wcześniej lunch. Po krótkim odpoczynku usiedliśmy wszyscy razem i zaczęliśmy rozmawiać o problemach lokalnej społeczności, o potrzebach, o możliwościach. Fundacja wyszła też z inicjatywą budowy ośrodka kulturalno-edukacyjnego dla dzieci i młodzieży – pomysł spotkał się z dużym zainteresowaniem i obietnicą pomocy ze strony lokalnej społeczności.

Jezioro Wiktorii przyciąga wielu ludzi wizją pracy. Niestety wioski rybackie są miejscem, gdzie szerzy się patologia, a wiele dzieci zamiast chodzić do szkoły, jest zmuszana do pracy, więc już od najmłodszych lat wsiąka w to środowisko i traci na zawsze szansę na osiągnięcie czegoś więcej. Dlatego pomysł ośrodka w tej okolicy przypadł wszystkim do gustu – proponowane zajęcia i różne warsztaty zapełnią młodzieży czas i skierują na lepsza drogę.

Te kilka dni, które spędziliśmy w Mpunge były niezwykłe! Mieszkaliśmy co prawda w najlepszym domu w wiosce, który należy do Immi, mimo to warunki nadal pozostały afrykańskie. Mieliśmy do dyspozycji jeden pokój, spaliśmy na podłodze, korzystaliśmy z toalety pod chmurką. Przyzwyczajeni do luksusów takich jak ciepła, bieżąca woda, stworzyliśmy sobie małe udogodnienia na miarę naszych możliwości. Ale nikt mi nie wmówi, że kawa parzona na węglach ułożonych w czymś na kształt naszej glinianej doniczki, pita przy porannym afrykańskim słońcu, z co najmniej pięcioma parami małych oczu wpatrzonych w nas, nie ma uroku. Ma go tyle, że dla mnie wszystkie niedogodności schodziły na dalszy plan.

część 2

uga9

sąsiedzi przed naszym domem w Mpunge