W Kisoro, na południu Ugandy tuż przy granicy z Kongo i Rwandą, w lipcu 2024 roku, spędziłam kilka dni z mieszkańcami tego regionu. Z ludźmi, których przodkowie kilkanaście lat temu zostali brutalnie wysiedleni z Bwindi Impenetrable National Park – terenów, które przez pokolenia były ich domem, a które ostatecznie przeznaczono na państwowy park narodowy. Pod presją instytucji rządowych zostali zmuszeni do opuszczenia lasów, w których żyli od zawsze. Dla świata był to krok w stronę ochrony przyrody. Dla nich – utrata domu, ziemi i części własnej tożsamości.
Razem z Emilly, dziewczyną, u której mieszkałam, mogłam obserwować okolicę i słuchać historii ludzi mieszkańców. Emilly była studentką – jedną z nielicznych osób w Kisoro, którym udało się rozpocząć studia w stolicy i przygotowywać do zawodu. W miejscu, gdzie głównym źródłem utrzymania jest rolnictwo, a to, czy będzie padał deszcz potrafi zdecydować o tym, jak będzie wyglądał kolejny tydzień życia całej rodziny, taka droga nie jest oczywista.
Z samego rana, przed wschodem słońca, razem z nią i dziećmi z okolicy ruszyliśmy w drogę do szkoły państwowej. Była oddalona o około trzy godziny marszu – szybkim tempem. To najtańsza szkoła w okolicy, choć i tak nie dla wszystkich dostępna.
Żeby to naprawdę zrozumieć, trzeba tego doświadczyć. Czasem czytam w Internecie komentarze osób, które nie rozumieją albo nie akceptują naszego wsparcia i pragnienia pomocy w Afryce. A ja w takich momentach wracam myślami m. in. do poranka w Kisoro. Do dzieci, które jeszcze przed świtem wychodziły z domu – niektóre miały zaledwie sześć czy siedem lat – i z pustym żołądkiem szły w stronę szkoły. O ósmej zaczynały się zajęcia. Dzieci były już przyzwyczajone do uczucia w żołądku, które mówi: „potrzebuję energii”. Czegoś do jedzenia. Nie zawsze było to możliwe – wszystko zależało od tego, czy rodziców było stać na choćby najprostszy posiłek.
Po całym dniu nauki – często pod drzewem albo w nagrzanej od blachy sali – czekała je ta sama droga powrotna. Po drodze trzeba było jeszcze przynieść baniak z wodą. A kiedy słońce zachodziło, w wielu domach nie było światła ani przestrzeni do nauki. Bo z czego i jak?
Dwa lata później, podczas ostatniej misjonery na Madagaskar, pytaliśmy dzieci z internatu w Tandrano, kim chciałyby zostać w przyszłości. Prosiliśmy, by wymieniły różne zawody. To pytanie okazało się trudniejsze, niż się spodziewaliśmy. Bo jak marzyć o tym, żeby zostać prawnikiem, informatykiem, analitykiem czy wykładowcą akademickim, jeśli nie wiemy, że taka droga w ogóle istnieje? Jeśli nikt wcześniej nie powiedział nam, że to możliwe?
A przecież Afryka ma wielkich myślicieli, naukowców i liderów. Często zapominamy o tym, patrząc na kontynent jedynie przez pryzmat biedy. Tymczasem kenijski filozof John Mbiti wykładał na jednym z najlepszych uniwersytetów Afryki – Makerere University. W historii kontynentu zapisali się także tacy przywódcy i intelektualiści jak Julius Nyerere, Kwame Nkrumah czy współczesny filozof i historyk Achille Mbembe.
Problem polega na tym, że wielu młodych ludzi – niezwykle zdolnych i inteligentnych – nigdy nie dostaje szansy, by rozwinąć dar, który otrzymali.
Ogromną rolę w życiu każdego człowieka odgrywa miejsce, w którym się urodził. To ono w dużej mierze kształtuje sposób życia, zwyczaje, religię, tradycję i możliwości. Sam fakt, że urodziliśmy się w Polsce, jest dla nas ogromnym przywilejem. W wielu miejscach Afryki rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Są wioski, w których nie ma prądu, bieżącej wody, a warunki pogodowe potrafią zniszczyć jedyne źródło utrzymania rodziny.
Czasem coś, co dla nas jest drobiazgiem – zeszyt, opłacone czesne, możliwość zjedzenia jednego ciepłego posiłku w szkole – może być dla kogoś punktem zwrotnym. Małym krokiem, który zmienia całe życie. Historia pokazuje, że właśnie z takich drobnych kroków rodzą się wielkie zmiany.
Zmiany są możliwe dzięki przemianom gospodarczym i społecznym, ale także dzięki ludziom dobrej woli – misjonarzom, organizacjom i wszystkim, którzy decydują się pomagać. Robią to bez oczekiwania na nagrodę, podziękowanie czy pochwałę. Po prostu dlatego, że los drugiego człowieka nie jest im obojętny.
Edukacja jest kluczem – wiemy to my i wiedzą to Afrykańczycy. Ale kiedy wybór sprowadza się do tego, czy dziś zjeść i mieć dach nad głową, czy móc się uczyć? – wybór często jest brutalnie prosty.
Piszę ten tekst w pierwszej osobie, bo trudno pozostać tylko obserwatorem, kiedy widzi się dzieci, których środowiskiem nie jest szkolne podwórko, ale ulica. Kiedy młode dziewczyny na pytanie, czego się boją, odpowiadają: gwałtu. Kiedy matki nie wiedzą, jak nakarmić swoje dzieci następnego dnia. W takich momentach pojawia się wewnętrzna złość na obojętność – na to, że tak często widząc, odwracamy wzrok.
Może właśnie teraz, w czasie Wielkiego Postu, jest moment, żeby zatrzymać się i coś zmienić? Fundacja prowadzi dwa główne programy wspierające edukację dzieci: Adopcja Serca oraz Bilet do Świata. Do świata – czyli do przyszłości, która może odmienić nie tylko życie jednego dziecka, ale często całej społeczności.
Dlatego na końcu odsyłam do zakładek z dokładnym opisem tych programów. Z serca będę wdzięczna za poświęcenie im chwili uwagi.
Weronika Stanuch,
koordynator programów adopcyjnych
FUNDACJA DZIECI AFRYKI
al. Zjednoczenia 13
01-829 Warszawa
tel. 22-381-27-74, 601-319-878
rachunek w mBank:
04 1140 2004 0000 3302 8070 6407
09 1140 2004 0000 3902 8070 7963
kod SWIFT: BREXPLPWMBK