FUNDACJA DZIECI AFRYKI

al. Zjednoczenia 13

01-829 Warszawa

 

tel. 22-381-27-74, 601-319-878

e-mail: biuro[at]dzieciafryki.com

 

rachunek w mBank:
04 1140 2004 0000 3302 8070 6407

MARKET DZIECI AFRYKI 24h/7

 

Pod samym równikiem w maleńkiej wiosce Kiruddu, na półwyspie Kojja, dzieciaki biegają boso i razem z matkami noszą wodę ze studni. W tym sam czasie mężczyźni zarzucają sieci na jeziorze Wiktorii, próbując zarobić jakieś szylingi na utrzymanie rodziny. W tej pięknej, pełnej zieleni krainie, życie nie jest lekkie. Dzieci jednak nie głodują, bo ziemia jest żyzna a klimat sprzyja jej uprawie. W marcu monotonie życia ugandyjskiej wioski urozmaicili fundacyjni podróżnicy "z misją". 

 

Perypetie covidowe


Nie tylko nam covid-19 pokrzyżował plany. Z tegoroczną Misjonerą mieliśmy dotrzeć do Ghany i zafundować dzieciakom wspaniałą 5-dniową podróż nad ocean. To miała być dla nich prawdziwa "Radość Odkrywania" szerokiego świata. Stało się jednak inaczej i we dwójkę – Robert Noga i Agata Wiszniewska – trafiliśmy do Ugandy, w której w marcu  obowiązywało mniej covidowych restrykcji.

 

Cele Misjonery 2021


W Ugandzie podzieliliśmy nasze działania na te poświęcone bezpośrednio dzieciom i te dedykowane sprawom organizacyjnym związanym z budowaniem i utrzymaniem kompleksu szkolnego w Kiruddu. Jak wiecie, ważnym celem Fundacji jest niesienie dzieciom afrykańskim radości i uśmiechu oraz odkrywanie przed nimi szerszych horyzontów. To przesłanie odróżnia Dzieci Afryki od innych polskich fundacji. Dlatego kulminacyjnym punktem Misjonery była wycieczka do stolicy - do ZOO, na wielki plac zabaw i do restauracji. Dzieci  spędziły z nami dzień bogaty we wrażenia, dzień, o którym będą jeszcze długo pamiętały.

 

Pierwszy raz w Kiruddu

 
Według GoogleMaps dystans 59 km dzielący Kampalę od Kiruddu można pokonać w 1 godzinę i 40 minut. Nie jest to prawda, ponieważ ze względu na niewyobrażalne korki, gigantyczne dziury w nawierzchni, przeróbki i remonty drogi minimalny czas przejazdu wydłuża się przynajmniej dwukrotnie. Dzięki o. Piusowi Dunga Kibunga OSM - proboszczowi w Kisoga, który jest lokalnym partnerem Dzieci Afryki, dotarliśmy do Kiruddu drogą wodną płynąc łodzią rybacką przez jezioro Wiktorii. Zamiast uciążliwości jazdy samochodem doświadczyliśmy orzeźwiającej wodnej przeprawy. 

 

Położone blisko stolicy Kiruddu, ze swoimi lokalnymi problemami, stanowi najlepszy przykład tego, że biedna Afryka leży na wyciągniecie ręki.  W Kiruddu i na półwyspie Kojja dzieciaki biegają boso i razem z matkami noszą wodę ze studni podczas gdy mężczyźni starają się zarobić jakieś szylingi  zarzucając sieci na jeziorze Wiktorii. Wiele rodzin nie stać na opłacenie dzieciom czesnego w szkole, innych nie stać na pełnowartościowe posiłki. Brakuje pieniędzy na kupienie materacy do spania, środków czystości, butów czy porządniejszego ubrania. Na szczęście dzieciaki nie głodują, ziemia jest tak żyzna, a klimat tak sprzyjający uprawom, że zawsze wyrośnie krzaczek manioku, kukurydza, bananowiec a drzewa uginają się pod owocami  mango i awokado.

 

Do Kiruddu nie dotarły jeszcze zdobycze XX wieku – nie ma prądu, bieżącej wody, łazienek, kuchni elektrycznych czy gazowych. Nie ma też zimnego piwa i nadmiaru słodyczy w sklepach. Sporadycznie we wsi pojawiają się solary i zbiorniki na deszczówkę. Jest natomiast zasięg GSM, który pozwala bogatszym mieszkańcom na używanie Internetu w komórkach.

 

Dzieci naszej troski


W lokalnej społeczności mieszka duża ilość sierot społecznych, których biologiczni rodzice wyjechali ze wsi pozostawiając potomstwo bliskim lub dalekim krewnym. Biologiczni rodzice w dążeniu za lepszą pracą, bardziej atrakcyjnym partnerem i łatwiejszym życiem trafiają do Kampali i … szybko zapominają o swoich dzieciach, których trudna sytuacja życiowa, pogarsza się jeszcze bardziej.

 

Fundacja Dzieci Afryki  wspiera właśnie te sieroty (biologiczne i społeczne) przygarnięte nieformalnie przez dobrych ludzi, którzy chociaż w jakimś minimalnym stopniu dbają o ich potrzeby. Babcie, wujkowie i dalekie ciotki mają swoje własne dzieci, więc aby osierocone dziecko nie stało się dla nich nadmiernym ciężarem, konieczna jest nasza pomoc i zaangażowanie w "Adopcję Serca". W czasie Misjonery 2021 odwiedziliśmy kilkoro dzieci z programu "Adopcja Serca" – rozmawialiśmy z nimi, oglądaliśmy warunki w jakich żyją, pytaliśmy o najpilniejsze potrzeby i o marzenia. Dzieciaki, które wspominały o tym, że chciałyby zostać lekarzami, pielęgniarkami lub pilotami zachęcaliśmy do uczenia się i obiecaliśmy pomoc o ile na egzaminie końcowym VII poziomu uzyskają wybitne wyniki. Dwóch największych urwisów mocniej stąpało po ziemi - chcieliby zostać mechanikami i w przyszłości naprawiać motocykle i samochody.

 

Odwiedzając podopiecznych Fundacji, zobaczyliśmy, że sześcioro małych dzieci śpi na wysłużonej porwanej gąbce rozłożonej na betonowej podłodze. Te dzieciaki spotkała wielka radość – następnego dnia po naszej wizycie otrzymały od Fundacji duży i miękki materac do spania.

 

W wiosce, poukrywane w obejściach przydomowych, mieszkają także dzieci, które doświadczają wykluczenia społecznego i edukacyjnego z powodu choroby. Odwiedziliśmy chorego na polio Owena, którego rodzice niestety nie chcą podjąć się trudu leczenia dziecka. W wiosce rybackiej spotkaliśmy Aishę, siostrę chłopca, któremu Fundacja Dzieci Afryki kilka lat temu sfinansowała operację stóp. Dziewczynka ma taką samą wrodzoną wadę i dlatego nie chodzi do szkoły, bo nie jest w stanie dojść tak daleko. Dzisiaj wiemy już, że dzięki Fundacji i darowiznom na leczenie, Aisha przejdzie kilka operacji, które odmienią jej życie i zapewnią dostęp do edukacji. Aisha będzie też objęta programem "Adopcji Serca", bo jej biologiczna matka wyjechała a ojciec znalazł inną kobietę.

 

Radość dzieci, czyli wycieczka do ZOO i inne przyjemności

 

W marcowy piątek, z samego rana, po 54 uczniów z polskiej szkoły w Kiruddu przyjechały 3 busy. W każdym z nich jechali uczniowie pod opieką nauczyciela. My towarzyszyliśmy wyprawie jako czujni organizatorzy. Program wycieczki był napięty – dojazd do Kampali - stolicy kraju, wycieczka do ZOO w Entebbe i zwiedzanie z przewodnikiem, godzina na placu zabaw, posiłek w restauracji i powrót do Kiruddu. Aby dzieci nie były głodne i spragnione w czasie wycieczki, w busach otrzymały drugie śniadanie i ukochaną Fantę.

 

W Zoo w Entebbe mieszka wiele zwierząt afrykańskich: tygrysy, szympansy, lwy, zebry i białe nosorożce. Dzieciaki wolno oglądały zwierzęta, a przewodnik opowiadał o ich zwyczajach, dzielił się zabawnymi historyjkami. Wiele dzieci robiło notatki, czuły się jak w szkole i chyba nie były pewne, czy nie będą musiały później o wszystkim opowiedzieć.

 

Nie tylko zwierzęta okazały się fascynujące, ale po prostu cała sceneria ogrodu  – dzieci z Kiruddu nigdy nie widziały tylu wycieczek szkolnych, wysokich budynków, rzeźb zwierząt i placu zabaw z wagonikiem kolejki, karuzelą i zjeżdżalniami. Z początku z pewnym zakłopotaniem i nieśmiałością testowali kolejne atrakcje. Gdy poczuli się pewnie, zrozumieli na czym polega zjeżdżanie w rurach, jaką radość daje skakanie na batucie, trudno było nad nimi zapanować. „Dorośli” szóstoklasiści zachowywali się jak maluchy. Uśmiech nie schodził im z twarzy.

 

Niestety czas szybko płynął i trzeba było opuścić ogród zoologiczny, aby zdążyć przed nocą. W hinduskiej restauracji dzieciom zamówiliśmy smacznego kurczaka z frytkami. Nie zabrakło kolejnej butelki Fanty i porcji lodów. W czasie każdej Misjonery staramy się poczęstować dzieci lodami, pokazać im ten smakołyk, który dla wielu afrykańskich dzieci jest nieosiągalny. Niestety taki jadłospis nie pasował kilku dziewczynkom, w których rodzinach przestrzegane są tradycje plemienne. Okazało się, że w niektórych górskich plemionach dziewczęta i kobiety nie mogły jeść jajek, mięsa kurczaka i pić mleka. Takie pożywienie było zarezerwowane jedynie dla mężczyzn ze względu na jego odżywcze składniki. I choć obecnie wiele wiejskich rodzin może pozwolić sobie czasami na jajka i kurczaka to nadal stanowią one zakazany owoc dla dziewcząt. Kultywowanie tej dyskryminującej dziewczęta tradycji plemiennej zanika. W Kampali nie obserwowaliśmy podobnych ograniczeń.

 

W drodze powrotnej do Kiruddu umilkły rozmowy, niektórzy zasnęli a inni patrzyli w zamyśleniu w okna. Dla każdego z dzieciaków był to niezmiernie fascynujący i pełen wrażeń dzień.

 

W poniedziałek poprosiliśmy dyrektora szkoły o możliwość przeprowadzenia konkursu rysunkowego dla dzieci, które były na wycieczce. Ich zadaniem było narysowanie dowolnej sceny, obrazu, sytuacji, która najbardziej utkwiła im w pamięci. Do przenoszenia na karton swoich przeżyć z wycieczki dzieciaki zabierały się bardzo powoli. Niezdarnie rysowały pierwsze kreski. Wyraźnie było widać jak bardzo niewprawne są ich dłonie i jak wiele pracy od podstaw czeka naszych wolontariuszy. Podczas pracy przybierały najdziwniejsze pozy leżąc w ławkach, zakrywając karton dłońmi lub wspierając się na łokciach. Pracowały w skupieniu. Wiele dzieci rysowało zwierzęta, inne restaurację lub autobus. Wspólnie z nauczycielem Jamsem i Dyrektorem wyłoniliśmy 4 zwycięzców (dwie dziewczynki i dwóch chłopców), których prace plastyczne były najbardziej interesujące.

 

Konkurs rysunkowy nie był jedynym konkursem, jaki zorganizowaliśmy dla dzieci z Kiruddu. Pewnego wieczoru, idąc na polski cmentarz zobaczyliśmy grupkę chłopców, która toczyła opony od roweru przy pomocy zagiętego pręta. W ten sposób zrodził się pomysł na spontaniczny konkurs toczenia opon.  Przy pomocy Immy, u której mieszkaliśmy, obmyśliliśmy reguły i nagrody. Na konkurs stawiło się blisko 40 dzieci i tyle samo kibiców dużych i małych. Wyścigi rozgrywano w 3 kategoriach wiekowych. Wystartowali głównie chłopcy, ponieważ toczenie opon jest „męską sprawą”. Jednak przekonaliśmy się, że płeć w Kiruddu nie determinuje zabawy i na linii startu zobaczyliśmy 4 dziewczynki, które nie przejmując się brakiem szansy na zwycięstwo rywalizowały z chłopakami.

 

Dwa dni później odbył się konkurs w kręceniu opony rowerowej na biodrach. Wygrywał ten, kto najdłużej utrzyma kręcącą się oponę. Tu bezkonkurencyjne okazały się dziewczęta – 15 minut zwyciężczyni to naprawdę niezwykły wynik.

 

Podczas konkursów „oponowych” zobaczyliśmy jak wiele radości można sprawić prostą zabawą. Zobaczyliśmy też ducha prawdziwej rywalizacji, która odbywała się bez złych emocji. Wszyscy bawili się wspaniale.

 

Jedno Caffe Latte proszę, czyli pierwsze kieszonkowe

 

W Kiruddu prowadziliśmy także pilotaż nowego projektu wprowadzonego przez Dzieci Afryki. Być może wiecie, że w Markecie Dzieci Afryki za 12,5 złotych można kupić jedną kawę. Te 12,5 zł, które bez namysłu wydajemy w Polsce na kawę przekazywaliśmy dzieciom jako ich pierwsze kieszonkowe. Chcieliśmy jednocześnie upiec dwie pieczenie – nauczyć dzieci, że na pieniądze trzeba w jakiś sposób „zapracować” oraz pokazać darczyńcom i sympatykom jak wiele potrzebnych dóbr za ową jedną kawę można kupić w małej wiosce.

 

Relację z tego, w jaki sposób dzieciaki wydawały pieniądze i w jaki sposób na nie „zarabiały” zamieścimy wkrótce na stronie fundacji. Ich zakupy nas zaskoczyły, a ich reakcje na kieszonkowe były naprawdę wspaniałe.

 

Wioska dziecięca SOS w Bulamu 

 

Po wyjeździe z Kiruddu spędziliśmy jeden dzień w dziecięcej wiosce, gdzie przekazaliśmy jednorazową dotację. W wiosce mieszka przeszło 200 sierot, od maluchów do studentów. Chcieliśmy dopilnować tego, aby za przekazane pieniądze kupiona została żywność, która w Ugandzie nie jest tania. Joseph, administrator wioski zabrał nas na zakupy. Kupił kilkaset kilogramów najprostszych produktów, cukru, ryżu, oleju palmowego i cebuli. Te wszystkie produkty, kupowane u najtańszych dostawców, kosztowały 500 USD.

 

W Ugandzie mali i duzi jedzą prawie zawsze to samo - bardzo gęstą kleistą kaszkę lub gruboziarnistą mąkę zaparzoną wrzątkiem i rozgniecioną na papkę. Nazywa się to posho. Elementem białkowym posiłku jest garstka fasoli. Ryż, który znalazł się na liście zakupów to produkt odświętny. Dzieci dostały go na Wielkanoc i w niedzielę.

 

Ostatnie dni

 

Misjonera dobiegała końca, ale postanowiliśmy ostatnie dwa dni spędzić w innym otoczeniu i zobaczyć jak na granicy z Rwandą wygląda sytuacja dzieci. Czy w miejscach turystycznych nad jeziorem Bunyonyi, które uchodzi za najpiękniejsze w Ugandzie, dzieciom żyje się łatwiej czy trudniej?

 

Mieliśmy jeszcze trochę opasek odblaskowych dla dzieci, trochę okularów przeciwsłonecznych i siłę, aby w autobusie spędzić 14 godzin. Wędrując po brzegu jeziora rozdaliśmy dzieciom opaski. Ku naszemu zdziwieniu następnego dnia opaski zauważyliśmy na rękach kobiet, które wieczorem pływały dłubankami po jeziorze. W Afryce zawsze zdumiewała mnie wędrówka przedmiotów – od dzieci do dorosłych, od jednej rodziny do drugiej.

 

Odwiedziliśmy także trudno dostępną społeczność Pigmejów. Ich osada położona jest na wysokim wzgórzu, z którego rozpościera się przepiękny widok na jezioro. Obowiązkiem dzieci jest przynoszenie wody na potrzeby wioski. Robią to dwa razy dziennie, pokonując strome ścieżki w dół nad jezioro i w górę. Wszystkie dzieci pracują – duże niosą większe 10 litrowe kanistry, a małe dzieci dźwigają 2-3 litrowe. Szkolna szopa na skraju osady wygląda tak, jakby nikt tam nie był od długiego czasu.

 

The end

 

Dla mnie udział w Misjonerze stanowił niezwykle intensywne przeżycie. Był to nieustanny kontakt z dziećmi, które bawią się, podpatrują dorosłych, wszczynają bójki, wstydzą się, cieszą i smucą. Dzieci tu w Polsce i w Ugandzie łączy spontaniczność i ciekawość świata. Mam nadzieję, że dzięki edukacji będą mogły ją zaspokoić.

 

Agata Wiszniewska

 

 

MISJONERA W UGANDZIE NIEZWYKLE INTENSYWNYM PRZEŻYCIEM

27 kwietnia 2021

wpłać teraz przez DOTPAY

lub wykonaj przelew

Fundacja Dzieci Afryki

09 1140 2004 0000 3902 8070 7963

darowizna CH6 - czadowe gimnazjum